Mamy teraz swoją świętą

Małgorzata Kunicka

dodane 07.06.2013 22:56

Nie wyobrażam sobie Hałcnowa bez sióstr, bo to nie byłby ten sam Hałcnów.

Moi dziadkowie przybyli do Hałcnowa zaraz po wojnie i siostry już tam były. Obecne w Hałcnowie „od zawsze”. Charakterystyczne brązowe habity i białe sznury... siostry serafitki.

Pierwsze opowieści usłyszałam od babci, która bardzo ciepło wspomina siostry pomagające po wojnie ludziom w Hałcnowie. Było wtedy bardzo dużo chorób, lekarzy niewielu i trudno osiągalnych, więc siostry chodziły z posługą do chorych, często wykonując zabiegi, których nie powstydziłaby się niejedna pielęgniarka.

Szczególnie miło wspominam siostrę, którą większość nazywała Mateczką. Niziutka, pulchniutka, o dobrotliwej, rumianej twarzy, chodziła robić zastrzyki chorym. Właśnie z Mateczką wiąże się zabawna historia dotycząca mojej – wtedy jeszcze kilkuletniej – mamy. Otóż, kiedy mama zachorowała i trzeba było dać zastrzyk, przyszła Mateczka. Niestety, mała Urszulka nie chciała zastrzyku, na próżno było ją prosić i jej tłumaczyć. Bała się tak bardzo, że ze strachu weszła pod łóżko i nie było sposobu, żeby ją stamtąd wyciągnąć. Na nic groźby i prośby. Na to Mateczka zastosowała fortel: udała, że wychodzi, powiedziała głośno „Szczęść Boże” i schowała się za drzwi... Urszulka wyszła spod łóżka pewna, że Mateczki i zastrzyku już nie będzie! Tymczasem mój dziadek złapał małą Ulę, a Mateczka mogła wejść do pokoju i dokończyć zabiegu. Tak to Mateczka sprytnie rozwiązała kłopot.

Siostry miały również pole, które łączyło się z boiskiem szkolnym i często tam pracowały. Zawsze miały cukierki w kieszeniach i kiedy dzieciaki podbiegały do płotu to mogły liczyć na jakiś słodki upominek. W zasadzie ta pomoc była wzajemna, bo i hałcnowianie ochoczo pomagali siostrom i siostry mieszkańcom, żyjąc społecznie i w wielkiej życzliwości.

Z kolei moje pierwsze zetknięcie z siostrami pamiętam dobrze, mimo że byłam wtedy jeszcze bardzo mała. W przeddzień beatyfikacji to wspomnienie przywołuje uśmiech na twarzy: tato był ze mną na spacerze i właśnie przechodziła jedna z sióstr, a ja na jej widok krzyknęłam na całe gardło: „O, Bozia idzie!”. Siostra z uśmiechem pochyliła się nad wózkiem i pogłaskała mnie po głowie. To jest moje najwcześniejsze spotkanie z siostrą serafitką.

Potem, w ciągu wszystkich lat, zawsze widziałam siostry uśmiechnięte i pełne energii, przemierzające drogi Hałcnowa, a najczęściej spotykałam je na pierwszej Mszy św., kiedy chodziłam z babcią do kościoła. I tak pozostało do dzisiaj. Mijamy się często z uśmiechami na twarzach, życząc sobie dobrego dnia staropolskim „Szczęść Boże”.

Nie wyobrażam sobie Hałcnowa bez sióstr, bo to nie byłby ten sam Hałcnów. Dzięki tej beatyfikacji i my mamy teraz swoją świętą, która przecież tutaj, w Hałcnowie, żyła!

«« | « | 1 | » | »»
Komentowanie dostępne jest tylko dla .
Pobieranie...
przewiń w dół