Nowy numer 43/2020 Archiwum

Ania leci na srebrną górę

Ostatnia obawa budowała największą barierę: „Nie znam języka!”. – Pan Jezus pozwolił mi jednak zrozumieć, że najważniejszy jest język miłości, którym porozumiem się w każdym kraju – mówi Ania Olma. Niedługo zamieni Bielsko-Białą na Tegucigalpę, leżącą 10 tys. km od rodzinnego domu.

Kiedy w Nowy Rok 2019 razem z ks. Pawłem Radziejewskim SDS, ówczesnym duszpasterzem wspólnoty młodzieży salwatoriańskiej „Bagno”, wracała z katowickiego sylwestra z ubogimi, wspomniała o Światowych Dniach Młodzieży, które niebawem miały się rozpocząć w Panamie. Jej spontaniczny pomysł zorganizowania wydarzenia „B-B – PANAma” przerodził się w największe w diecezji święto młodych w jedności z papieżem Franciszkiem. W ubiegłym roku, razem z przyjaciółką Marysią Giźlar, pojechała autostopem do Medjugorja, całkowicie oddając się w czasie podróży Jezusowi i Maryi. Rok 2020 przyniósł kolejne wyzwania.

To nie moje

„Bagno” wchłonęło Anię Olmę na dobre. Utwierdzały się dobre znajomości i przyjaźnie. Młodzi razem uczyli się modlić, trwać na adoracji Najświętszego Sakramentu, kochać Biblię, głosić Ewangelię na różne sposoby. Studiując w Katowicach, Ania dołączyła do Zupy w Kato – wcześniej była u początków jej tworzenia. Wymarzyła sobie, by taka „zupa” działała również w jej rodzinnym mieście, Bielsku-Białej. Znalazły się osoby o takich samych pragnieniach. Poznała Magdalenę Buczak, z którą pojechała w odwiedziny do „pierwszej zupy” w Polsce – Zupy na Plantach w Krakowie. – Magda poszła za ciosem i rozpoczęło się gotowanie w Bielsku-Białej. Najpierw prywatnie po domach, a później już oficjalnie jako Zupa za Ratuszem. Ja natomiast wtedy bardziej byłam w Katowicach. Ale jak tylko udawało mi się być w domu, uczestniczyłam w niedzielnym gotowaniu – dzieli się Ania. Kiedy w marcu pandemia zatrzymała studia stacjonarne, Ania została w Katowicach. Zupa w Kato i wiele placówek świadczących pomoc bezdomnym również zawiesiło działalność, dlatego wieczorami wsiadała na rower i rozwoziła ubogim przygotowane przez siebie kanapki. Ania została w Katowicach, by pisać pracę magisterską. Do dziś się uśmiecha, że na Uniwersytecie Ekonomicznym mogła pisać o św. Franciszku i bezdomnych. Wtedy też dostała informacje ze szpitala jednoimiennego w Wolicy koło Kalisza, gdzie przywożeni byli pacjenci z COVID-19, że pilnie potrzeba wolontariuszy.

Podobną informację z Sekretariatu Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich otrzymał… ks. Paweł Radziejewski! Jako zakonnik na początku pandemii wyraził gotowość do wolontariatu. Potrzeba zaistniała i tak się złożyło, że z dwóch różnych źródeł zostali posłani do tego samego Kalisza. – Zostaliśmy ulokowani w hotelu. Wśród wolontariuszy byłam jedyną osobą świecką. Codziennie z ks. Pawłem modliliśmy się liturgią godzin, razem z ojcami kapucynami, którzy również tam posługiwali, uczestniczyliśmy w Eucharystii. Bardzo się ucieszyłam, gdy okazało się, że codziennie możemy też trwać na adoracji – relacjonuje Ania. – Podczas miesięcznego wolontariatu zobaczyłam, że dostałam coś, co na pewno nie było moje. Nie musiałam przekraczać barier strachu, obaw. Otrzymałam dary odwagi, pokoju, radości ze służby. Z tym wszystkim wychodziłam wcześniej na ulice, do bezdomnych, i z tym szłam teraz do chorych na oddział – mówi Ania i wyjaśnia, że nie ma absolutnie poczucia wyjątkowości. – To dar Pana Boga, nie mój. Skoro przychodzi mi to z taką łatwością, chcę tym służyć – dodaje.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama