Nowy numer 37/2021 Archiwum

Co mi tu "czarnuch" będzie gadał!

– Strasznie mnie ksiądz wkurzał. Grałam taką bohaterkę. Rzuciłam księdzu „Z »czarnuchami« nie gadam” - mówi Ewelina Grzegorzek z Oświęcimia. Dziś, po czterech latach, razem z narzeczonym Tomkiem Grazi jest wolontariuszką w oblackiej misji w Hongkongu.

– Studiowanie filologii angielskiej z tłumaczeniowym chińskim nigdy nie było moim marzeniem ani planem – opowiada oświęcimianka Ewelina Grzegorzek. – Po maturze u oświęcimskich salezjanów miałam jechać na studia do Anglii. Ale jednak wydarzyło się coś tak ważnego, że wybrałam studia w Polsce. Chciałam, żeby było blisko Bielska. Wybrałam UŚ w Katowicach. Z racji moich szerokich zainteresowań trudno mi było wybrać jedną rzecz. Zdecydowałam się więc na MISH – Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne – i anglistykę z tłumaczeniowym chińskim. Dlaczego? Bo brzmiał egzotycznie i był dla mnie wyzwaniem. W ogóle nie myślałam o nim w perspektywie zawodowej. Od pierwszego roku studiów wiedziałam jednak, że chcę lecieć do Chin. Ale jak to miało wyglądać – to była zagadka.

– Ja już w liceum miałem pomysł, żeby zostać tłumaczem – opowiada Tomek Grazi, sosnowiczanin. – Na studiach trzeba było wybrać drugi język. Pomyślałem: niech będzie chiński, bo to się może opłacać w dzisiejszym świecie. Interesowałem się protokołem dyplomatycznym, marzyła mi się prestiżowa praca w dyplomacji, w MSZ-ecie. I wtedy poznałem Ewelinę...

Drapacze chmur w Hongkongu   Drapacze chmur w Hongkongu
Urszula Rogólska /Foto Gość
Od końca sierpnia Ewelina i Tomek są jakieś 8,5 tys, kim (w linii prostej) od Oświęcimia. Codziennie podczas lekcji angielskiego patrzą w skośne oczy swoich małych uczniów w szkole prowadzonej przez misjonarzy oblatów w Hongkongu. W Chinach będą nauczycielami-wolontariuszami przez najbliższe dziewięć miesięcy.

Kiedy mówią o miejscu swojej pracy – ale i codziennego życia – starannie ważą słowa. Bo Chiny na pewno nie są miejscem, w którym – oficjalnie – z otwartymi ramionami czeka się na Jezusa.

– Jedziemy do szkoły i placówki misyjnej, którą prowadzi międzynarodowa wspólnota ojców oblatów. Ich przełożonym jest Polak o. Sławomir Kalisz OMI. Będziemy tam nauczycielami angielskiego – mówią. – Ale zabieramy też to wszystko, co mamy w sercach, a czego zostawić za drzwiami samolotu się nie da…

Powiedz, że w Boga nie wierzysz, a Jezus nie istnieje

Jeszcze cztery lata temu była zupełnie inną Eweliną. – Byłam w klasie maturalnej. Wpakowałam się wcześniej w satanistyczne gry komputerowe. To było moje życie. Każdy ranek wyglądał tak samo czarny, ciemny z pytaniami: po co żyć? Wszyscy i tak umrzemy. Brakowało mi sensu życia i poczucia, że komuś na mnie zależy. Depresja każdego dnia od rana do nocy - opowiada. - Chodziłam do szkoły salezjańskiej, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Nie wierzyłam w Boga. I wtedy… przegrałam zakład. Nie pamiętam w jakiej sprawie, ale założyłam się z koleżanką, że jeśli przegram, jadę na rozmowę z ks. Przemkiem Sawą z Diecezjalnej Szkoły Nowej Ewangelizacji (dziś wspólnota nosi nazwę Szkoła Ewangelizacji Cyryl i Metody) i w niedzielę do kościoła św. Pawła w Bielsku na Mszę z modlitwą o uzdrowienie. Jeśli wygram – idziemy do kina.

Hongkong - to tu Ewelina i Tomek zostali wolontariuszami   Hongkong - to tu Ewelina i Tomek zostali wolontariuszami
Urszula Rogólska /Foto Gość
Ewelina zakład przegrała. I do dziś wspomina burzliwą rozmowę z ks. Przemkiem. – Strasznie mnie ksiądz wkurzał. Grałam taką bohaterkę – co mi tu „czarny” będzie gadał. Rzuciłam księdzu: „Z »czarnuchami« nie gadam”. A on w czasie rozmowy spokojnie do mnie: „Powiedz, że w Boga nie wierzysz, a Jezus nie istnieje”. Coś mnie przydusiło. I tego powiedzieć nie mogłam. Ksiądz mi powiedział, że jeśli chcę coś z moim życiem zrobić, mam się przestać użalać nad sobą.

Ksiądz zaproponował Ewelinie kurs „Kobieta w Biblii”, który był za kilka dni. Poszła też na tę Mszę za przegrany zakład.

– Wtedy nic mnie jeszcze nie ruszało – mówi Ewelina. – Ale na kursie zmieniło się zupełnie wszystko… Hasło, że Pan Bóg kocha mnie od zawsze i bezwarunkowo, rozłożyło mnie na łopatki… Już sobie nie wyobrażałam środy bez jazdy do Bielska na Msze św. i modlitewne spotkania wspólnoty. Rodzice nie chcieli ze mną jeździć. Prawo jazdy miałam od dwóch tygodni.

« 1 2 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama