Nowy numer 43/2020 Archiwum

Przysięgi się nie łamie

W rychwałdzkim „Sycharze”. Ktoś chwyta za instrument. Repertuar Czerwonych Gitar. Niesie się po ogrodzie: „Tak bardzo się starałem, a ty teraz nie chcesz mnie! Dla ciebie tak cierpiałem, powiedz mi, dlaczego nie chcesz mnieeee?!”. W jednej chwili parskają śmiechem: – To brzmi jak nasz hymn! A jeszcze nie tak dawno o tym, że można się śmiać, nawet nie śnili…

Przygotować obrączki – to dla jubilera prosta sprawa. Ale takich obrączek, jakie dostała Matka Boża Rychwałdzka, nie wykonuje się często. Są dwie – złączone. Na zawsze. – To było nasze wotum dla Matki Bożej – mówi Iwona Sobel, liderka rychwałdzkiego ogniska Wspólnoty Trudnych Małżeństw „Sychar”. – Tu znaleźliśmy bezpieczną przystań w sytuacji, kiedy byliśmy połamani, bez ochoty do życia. Ona nam pokazała Kto nas może wyciągnąć z tego stanu – Jej Syn, Jezus. Chcieliśmy Maryi podarować coś, co się kojarzy z naszą wspólnotą. A są tym obrączki – symbol nierozerwalności małżeństwa sakramentalnego.

Aż do śmierci

Patrząc po ludzku, ich związki małżeńskie nie istnieją. Są w różnych kryzysach – niby razem, a jednak osobno; pod wspólnym dachem albo już nie. Jedni po rozwodzie lub w trakcie, inni w separacji, jeszcze inni próbowali znaleźć szczęście w drugim związku – niesakramentalnym. Łączy ich mocne przekonanie, że przysięga małżeńska, składana małżonkowi przed samym Bogiem: „Ślubuję ci wierność, miłość i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”, jest naprawdę zobowiązaniem „aż do śmierci”. – Wierzymy, że Pan Bóg daje dość łaski, żeby uzdrowić wszystkich sakramentalnych małżonków, uzdolnić ich do wypełnienia przysięgi małżeńskiej w każdej sytuacji kryzysu – także tej po ludzku beznadziejnej – mówi Iwona. – Bo Pan Bóg małżonków sakramentalnych zawsze i w każdej sytuacji widzi razem. Takie czekanie nie jest możliwe bez wspólnoty ludzi, którzy mają za sobą podobne doświadczenia. Dlatego dla „sycharków” dwa spotkania w miesiącu są tym, za czym tęsknią. Na sierpniowe biesiadowanie przy ognisku zaprosili też swoich przyjaciół i znajomych. Bo często spotykają się z pytaniem: „Skąd ty masz taki spokój? Nawet się uśmiechasz i żartujesz!”. Kiedy śpiewają kolejne piosenki – a co druga o zranionych uczuciach – potrafią przyjmować je z dystansem i humorem...

Nic złego nie robią

– Pięć lat, osiem miesięcy i trzy dni temu mąż mnie zostawił. Pół roku zabrakło nam, żeby świętować 30. rocznicę ślubu… – mówi Barbara Satława z Kocierza Moszczanickiego. – Siedziałam w domu i rozpaczałam. Zaczęłam szukać pomocy w Kościele. Nie było łatwo. Zauważyłam, że mój mąż ze swoją nową partnerką – jeśli tylko będzie chciał – niemal w co drugiej parafii trafi na wspólnotę osób żyjących w związkach niesakramentalnych i znajdzie dobrą opiekę duchową. Ci, którzy zostali sami, nie mają tak łatwo. Może się myśli: „Nic złego nie robią, sami sobie poradzą”. Ktoś ze znajomych zaprosił ją na Mszę w Rychwałdzie. Po Mszy św. było spotkanie formacyjne jednej ze wspólnot. – Przycupnęłam w kącie i wzięłam leżącą na stoliku gazetę. Tam znalazłam zaproszenie na rekolekcje do Koniakowa, dla żon samotnych i po rozwodzie. Barbara obawiała się, co ona, „seniorka”, będzie robić w takim gronie: – Mnie się wydawało, że problemy w małżeństwie mają osoby młode. Myliłam się – było sporo pań w moim wieku! To mnie nauczyło, że nie można siedzieć w domu. Trzeba wyjść i zobaczyć, że nie jest się samej! Wkrótce trafiła do ogniska „Sycharu”. – Wspólnota dodaje mi skrzydeł. Pomaga wierzyć, że wszystko jest po coś w naszym życiu. Uczy mnie pracy nad sobą – męża nie zmienię, ale mogę zmienić siebie. W tym, co się dzieje wokół mnie, dostrzegam coraz więcej dobrych rzeczy. I wiem, że tę siłę daje mi Pan Bóg. Jakby mi ktoś pięć lat temu powiedział, że będę taka radosna, uśmiechnięta, to nie uwierzyłabym. Ilu ja w tym czasie ludzi spotkałam, ile świata zobaczyłam, ilu ludzi czekało na moją pomoc… Wierzę, że moje małżeństwo jest do uratowania, ale czasem nie potrafię do końca zaufać Jezusowi, wyobrazić sobie tej sytuacji i mówię: „Nie rób mi tego. Jest mi tak wspaniale teraz…”.

To też moja droga

– We wspólnocie jestem od trzech lat. Kiedy zostałam sama, szukałam jakiegoś drogowskazu, co robić dalej – opowiada Bernadetta Kenig z Wilkowic. – Wiedziałam, że bez wspólnoty sobie nie poradzę. Zaangażowałam się w wolontariat w Hospicjum św. Kamila w Bielsku. Pochłonęło mnie też internetowe forum „Sycharu”. Nie udzielałam się na nim. Czytałam świadectwa. Marzyłam o tym, żeby gdzieś niedaleko mnie powstała taka wspólnota. I to tam znalazłam zaproszenie na pierwsze spotkanie w Rychwałdzie. Jak podkreśla Bernadetta, wspólnota daje siłę. – Kiedy widzisz w tych ludziach determinację: „Chcemy trwać w wierności”, to masz pewność: to też moja droga. Spędzamy ze sobą również sporo czasu prywatnie. Kiedy jedno z nas ma dołek, inne lata na skrzydłach. Dlatego tak jesteśmy sobie potrzebni. Nie jest prawdą, że w sakramentalnym małżeństwie mimo kryzysu chcą trwać tylko kobiety. W rychwałdzkim ognisku proporcje układają się pół na pół. – Od 25 lat jestem w jednej z bielskich wspólnot charyzmatycznych. Byliśmy w niej razem z żoną… – mówi Darek Romik z Bielska-Białej. – Kiedy odeszła, a ja nie potrafiłem sobie z tym poradzić, prosiłem o modlitwę wstawienniczą. Wiele osób chciało mi pomóc, ale nikt z nich nie był w takiej sytuacji jak ja. Nikt nie był w stanie mnie zrozumieć. Miałem zupełnego doła, kiedy daleki kuzyn opowiedział mi o „Sycharze”. Tu problemy nas jednoczą. Jeden drugiemu daje wskazówki, bo każdy coś podobnego przeżywa lub przeżywał. Tu odbudowuję siebie tak, żeby stanąć na własnych nogach.

Upomniał się o mnie

– Źle się działo w moim małżeństwie i zacząłem szukać środowiska, które pozwoli mi sobie poradzić z emocjami – mówi Konrad Janusz z Bielska-Białej. – Choć nie jesteśmy po rozwodzie, żyjemy w nieformalnej separacji. Trafiłem na rekolekcje do Rychwałdu, a potem do „Sycharu”. Od kilkunastu lat jestem w Odnowie w Duchu Świętym. Ale to tu są ludzie, którzy mają podobne problemy. Im nie trzeba dużo tłumaczyć. Czas w „Sycharze” pomógł mu tak naprawdę wrócić do Pana Boga. – Przy okazji kryzysu On upomniał się o mnie – mówi Konrad. – Kiedy kryzys przeżywamy z Bogiem, we wspólnocie, to sami się rozwijamy, a zranienia zaczynają zdrowieć. Tu się nie nakręcamy negatywnie wzajemnie. Staramy się pomagać jedni drugim. Pan mi wyraźnie pokazuje słowa, by ufności nie pokładać w człowieku, ale w Nim – i na Jego fundamencie budować swoje życie. – To jest mój drugi dom. A nieraz jest tu lepiej niż w domu – mówi Ala, która prosi o zmianę imienia. – Było już trudno w moim małżeństwie. Znajoma ze sklepiku z dewocjonaliami poprosiła mnie, abym wywiesiła gdzieś plakat o powstającym ognisku „Sycharu”. I z tego plakatu się dowiedziałam, że to coś dla nas. Za pierwszym razem przyjechałam z mężem. Ale on nie był zainteresowany. Tu odnajduję siłę, moc potrzebną do radzenia sobie w codzienności; przyjaźń, miłość, zrozumienie i wolność. To może dać tylko Jezus, więc tu szukam głębokiej relacji z Nim. On daje mi też bezpieczeństwo i pewność swojej stałej obecności obok mnie – i wtedy, kiedy jestem w kuchni, jak i wtedy, kiedy mam robić „większe rzeczy” we wspólnocie. Przestałam się bać życia, problemów i alkoholu w domu…

„Przypadek”

Jedni trafiają do wspólnoty, bo jej szukają, inni – przez tzw. przypadek. – Byłam już parę lat po rozwodzie. Weszłam na stronę internetową naszej parafii w Leśnej, żeby sprawdzić, o której godzinie posłać syna do spowiedzi – mówi Iwona Szemik. – Szukając, zauważyłam link przekierowujący na stronę „Sycharu”. Kliknęłam z ciekawości i… pomyślałam, że chcę tam pojechać, zobaczyć. Zapytałam jeszcze naszego proboszcza, czy to dobra decyzja. Pojechałam. Jestem pewna, że to było Boże prowadzenie. Gdy zobaczyłam ludzi, którzy byli tak serdeczni, uśmiechnięci, byłam zaskoczona. Myślałam: „Czy ja też będę częścią tego świata?”. I tak się stało. Tu ludzie odzyskują prawdziwe szczęście. Po spotkaniach wychodzę odmieniona. Kiedy pierwszy raz usłyszałam hasło „Sycharu”: „Każde małżeństwo jest do uratowania”, nie bardzo w to wierzyłam. Myślałam, że nawet jeśli mąż wróci, to na moich warunk ach. Teraz już wiem, że mam być gotowa na przyjęcie tej łaski. A jak i kiedy się to stanie – to już sprawa Pana Boga. Jestem przekonana, że to właściwa droga, na którą naprowadził mnie On sam.

Zaufaj Bogu

– Kwestia wierności przysiędze małżeńskiej jest w dzisiejszych czasach niepopularna. W czasie rozpraw rozwodowych sędzia dziwi się, czemu nie chcę się zgodzić na rozwód, kiedy już nie ma szans na uratowane naszego małżeństwa – mówi Andrzej Fluder z Zembrzyc. – Ja tłumaczę prosto: byłem w wojsku. Składałem przysięgę jako żołnierz. Konsekwencją niedochowania przysięgi w warunkach bojowych jest śmierć! A jaka jest konsekwencja złamania przysięgi małżeńskiej? Otwarcie drogi do grzechu – czyli śmierci duchowej! Po odejściu żony Andrzej szukał ludzi, którzy myślą podobnie. Znalazł ich w „Sycharze”. – Scala nas Duch Boży – mówi. – I wiem, że kiedy zaufamy Bogu, On da pokój ducha i łaskę przebaczenia. On nas przeprowadzi przez wszystkie najtrudniejsze sprawy i… rozprawy w sądzie też!

Kiedy przeżywasz kryzys

Ognisko „Sychar” przy sanktuarium Matki Bożej w Rychwałdzie zaprasza na spotkania wszystkie osoby, które doświadczają jakichkolwiek problemów w życiu małżeńskim: w pierwsze wtorki miesiąca – Msza św. o 18.00, następnie spotkanie (najbliższe – 1 września) oraz w trzecie wtorki miesiąca – adoracja Najświętszego Sakramentu w kaplicy Franciszkańskiego Domu Formacyjno- -Edukacyjnego o 18.00.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama