O miłości poza grób - na cmentarzu w Ligocie

Alina Świeży-Sobel

dodane 01.11.2015 11:40

To pouczająca lekcja, kiedy pierwsze kroki obok świątyni - w drodze na cmentarz - prowadzą nas obok skromnej tablicy, upamiętniającej pochowanego pod bocznymi drzwiami pierwszego proboszcza tej parafii...

Ks. Błażej Olejak, ogromnie zasłużony dla tej parafii, otwiera listę proboszczów w Ligocie. Jak wyliczają historycy, z własnych funduszy dobudował kościelną wieżę, a kościół wyposażył w pięknie malowane stacje Drogi Krzyżowej.

To tzw. jerozolimska Droga Krzyżowa - przedstawiająca Mękę Pańską w nieco innych scenach i innym układzie niż ta, którą dziś znamy z naszych kościołów. Aby parafianie owocnie czerpali z tego nabożeństwa i rozwijali swoją wiarę, napisał i wydał specjalny modlitewnik do odprawiania tej Drogi Krzyżowej.

Zadbał też o najmłodszych parafian, dla których zbudował szkołę i zorganizował nauczanie. A kiedy odszedł, okazało się, że pragnął pozostać ze swoimi parafianami i towarzyszyć ich modlitwie: z pokorą chciał, by pogrzebano go pod drzwiami do kościoła. I to bocznymi. Jak wdzięczną pamięcią otaczają go do dziś ligoccy parafianie, świadczą nie tylko poświęcone mu stronice w publikacjach historycznych na temat parafii i miejscowości czy ulica nazwana jego imieniem. Najwięcej mówią o niej kwiaty i znicze, które wciąż palą się pod kościelnym murem...

Wokół kościoła z rzadka rozsiane ostatnie zachowane groby przypominają dawny zwyczaj grzebania zmarłych obok świątyni. A nieopodal już wejście na rozległy cmentarz.

Nad jednym z zadbanych nagrobków stoi drobna, starsza kobieta. - To już tyle lat - wzdycha, wymieniając kwiaty na nowe. - Taki był dobry człowiek z niego, a tak krótko żył...

Napis na pomniku mówi, że spoczywający tu Stefan odszedł w 1950 r. - Od 65 lat tu przychodzę się modlić za  niego. I opłacam ten grób, choć już kiedyś nawet grabarz chciał mi go odebrać, bo on nie ma tu żadnej rodziny. Ale nie pozwoliłam. Powiedziałam: "Póki ja żyję, ten grób będzie!". Dbam o niego, płytkami obłożyłam, żeby czysto było. Bo wie pani, tu leży mój pierwszy narzeczony. On nie ma żadnej rodziny. Był jedynakiem. Tu spoczywa też jego matka, a pochodzili z Radziechów. Tam pewnie dawno nikt o nich nie pamięta, więc ja muszę się tu modlić - tłumaczy pani Stanisława.

I opowiada o tragedii, jaka spotkała jej ukochanego Stefana. - Poszedł do wojska. Po wojsku miał być nasz ślub. A jego z innymi żołnierzami wysłali do kopalni. Tam wydarzył się wypadek. Jechali we czterech wagonikiem i coś się zepsuło. Trzech zdążyło wyskoczyć, a Stefciu nie... Zginął na miejscu. Tak bardzo płakałam...

Mama Stefana dała mi po jego śmierci list, który zaczął do mnie pisać, ale go nie dokończył i nie wysłał. Pisał: "Wolałbym sobie z Tobą osobiście porozmawiać, lecz okazja taka nie znajdzie się tak szybko..." - mówi pani Stanisława.

Przez trzy lata nie chciała słyszeć o żadnym małżeństwie.

- Dwa razy nawet myślałam o tym, żeby się zabić, ale wiara mnie uratowała. Pomyślałam, że przecież tak nie wolno, a skoro będę potępiona, to już nigdy, nawet w niebie, się z nim nie spotkam. I tak przeżyłam. Mój późniejszy mąż czekał cierpliwie. Powiedział mi: "Wiedziałem, że kiedyś w końcu przestaniesz płakać". Był dobry i przystojny. Pomyślałam, że choć to tak ciężko, to przecież żyć trzeba... - dodaje pani Stanisława, wędrując w kierunku drugiego nagrobka w innej części cmentarza.

- Tu leży mój mąż. Szczęśliwie z nim żyłam, ale krótko, bo zmarł już w 1985 roku. I tak od 30 lat modlę się tu też za niego - mówi.

 

 

«« | « | 1 | » | »»

Serwis specjalny

Komentowanie dostępne jest tylko dla .
przewiń w dół