Jego droga do tego miejsca w Skoczowie zaczęła się jakieś 25 lat wcześniej. Pochodzący z Rudy Śląskiej student Wojciech Pałasz, pogrążony w tym czasie w swojej wewnętrznej biedzie i kryzysie, pojechał na Opolską 9 w Katowicach. Nawet nie przypuszczał jak ta chwila zmieni jego życie...
Dom w Górkach Wielkich koło Skoczowa. Jakoś koło 6.30 zaczyna się - jak mówi - "napędzanie poranka". Dwadzieścia pięć pompek, cztery wymachy, przysiady, kilka głębszych oddechów. - Potem modlitwa, medytacja, chwila wyciszenia i fragment z Pisma Świętego na dany dzień - to jakiś kwadrans. Bez tego nie dałbym rady - opowiada. - Dopiero po takim zasileniu "idę w dzień".
Przy piątce dzieci w wieku od 6 do 15 lat jest co robić. Potem rusza cała logistyka i rozwożenie: leśne przedszkole, szkoła podstawowa, szkoła muzyczna, zajęcia dodatkowe. - Moja żona jest w tym ogarnianiu świetna. Ja bym się pogubił, ale razem jakoś dajemy radę - łapie się za głowę ze śmiechem.
Mocny zakręt
W dniu naszego spotkania, w drodze z domu w Górkach do pracy w Poradni przy Bielskiej 45A w Skoczowie, Wojciech Pałasz, doktor nauk medycznych, specjalista medycyny rodzinnej, układa w głowie plan dnia. - Zastanawiałem się o czym z tym "Gościem Niedzielnym" będziemy rozmawiać, co bym chciał powiedzieć - wspomina. - I patrzę - poboczem jedzie na zdezelowanym rowerze starszy pan. Skromne ubranie, gumowce, wielkie siaty. Ma na sobie odblaskową kamizelkę z napisem na plecach... GOŚĆ! Myślę sobie: to jest to - wszyscy jesteśmy tylko gośćmi na tym świecie. Gośćmi, którzy wiozą swoją biedę. I druga myśl: ten ubogi, z peryferiów drogi, jest też Kimś. Jesteśmy na tej samej Drodze. To jest Ktoś! To jest Gość! I już wiedziałem o czym opowiem.
To było jakieś 25 lat temu - kiedy Wojciech kończył medycynę. - Miałem jakiś mocny zakręt życiowy i nie widziałem nadziei. Wtedy przypomniał mi się człowiek, który w mojej rodzinnej parafii, w Rudzie Śląskiej prowadził rekolekcje - zaczyna opowieść. - Pamiętam: pierwszy dzień w kościele - atmosfera mocno statyczna. I wtedy on, o. Ryszard Sierański, rzucił okiem po tej gromadce, wskoczył na ławkę i krzyknął: "Jezus Cię kocha!". Starsze parafianki spojrzały nieco przerażone. Tego dnia kościół był średnio wypełniony, ale następnego trudno było wejść do środka, a trzeciego ludzie stali nawet na zewnątrz i nie chcieli wracać do domu. Bo o. Ryszard miał taki dar słowa, że serce pałało; czuliśmy moc Ewangelii. I zapamiętałem adres o jakim mówił: Katowice, Opolska 9. To tam spotykała się Wspólnota Dobrego Pasterza - ludzi ubogich, młodych, studentów, małżeństw, którzy razem z o. Ryszardem chcieli się karmić słowem Bożym i posługiwać najuboższym, odrzuconym, których życie wołało o nadzieję.
Czekamy na ciebie
Wtedy w swojej duchowej, emocjonalnej i psychicznej biedzie Wojtek pojechał na Opolską. Drzwi otworzyła mu sympatyczna dziewczyna, a z głębi usłyszał głos o. Ryszarda: "Czekamy na ciebie, wejdź. Zapomniałem jak masz na imię, przypomnij mi". - Zbaraniałem. Czekają? Na mnie? - wspomina. - Wszedłem do kaplicy, gdzie zobaczyłem grupkę ludzi na żarliwej modlitwie; posłuchałem czym się dzielili. Żywa wspólnota - blisko siebie, blisko Boga, blisko najuboższych. Zrozumiałem, że też tak chcę - bo sam wtedy czułem się ubogi. Oddałem życie Jezusowi. I On zaczął mnie z tego mojego błota obcierać, obmywać, wyciągać. Zaangażowałem się we wspólnotę i tam też, wśród ubogich, zaczęła się moja posługa lekarska.
A osobą, która otworzyła mu wtedy drzwi, była Marta, jego przyszła żona. To ona przed nim odkryła jak cennym Bożym darem jest każdy ubogi.
- Bóg uleczył mnie z moich ran, wyciągnął z problemów, obdarował rodziną! Wcześniej myślałem, że nigdy nikogo nie poznam, że nie będę miał rodziny - a tu takie błogosławieństwo i takie owoce! - mówi doktor Wojciech.
Co teraz?
Po ślubie zamieszkali w kamienicy w Chorzowie. Rodzina się powiększała, więc postanowili po kilku latach przenieść się do wypoczynkowego domu rodziców w Górkach. Zaadaptowali go na rodzinne potrzeby i zaczęli rozeznawać - co teraz?
- Klika razy prosiliśmy Pana Boga o Jego słowo dla nas i zawsze Biblia otwierała się nam na białej kartce między Starym a Nowym Testamentem - kontynuuje. - Odczytaliśmy to, że jesteśmy pomiędzy tym, co stare i nowe, że Bóg zaprasza nas do zapełnienia tej karty.
A że wyrośli we wspólnocie, ich dom od razu stał się domem ekumenicznej modlitwy, na którą zapraszali poznawanych ludzi, chrześcijan różnych denominacji.
- Oddawaliśmy Bogu tę ziemię, jej mieszkańców, prosiliśmy Ducha Świętego, by przemieniał i odnawiał to miejsce i nas - tłumaczy. - Wtedy też niespodziewanie proboszczem w Górkach został ks. Roman Berke, diecezjalny koordynator... Odnowy w Duchu Świętym. Szybko nastąpiło ożywienie w parafii, powstała wspólnota Odnowy, która od razu zjednoczyła prawie 90 osób, a potem kolejne, w tym Rycerze Kolumba - żeby nieco zmienić oblicze Kościoła nazywanego żartobliwie żeńsko-katolickim - uśmiecha się lekarz. - Ja również zostałem zaproszony do rycerskiej misji i już piąty rok rozwijamy to dzieło.
Rycerze i Baranki
Góreccy Rycerze regularnie spotykają się na modlitwie i proszą Boga, by pokazał im obszary, w których mają działać. Tak zrodziły się pomysły corocznej akcji krwiodawstwa, czy kolejnej - dzielenia się 1,5 proc. podatku z potrzebującymi mieszkańcami Górek i okolic. - Robimy wywiad środowiskowy i przygotowujemy ulotki pomagające w wyborze osoby, bo to zawsze konkretni mali mieszkańcy "stela" - tłumaczy doktor Wojciech.
Pomysłem Rycerzy jest też akcja "Coś dobrego dla bliźniego” - obdarowywania świątecznymi paczkami starszych parafian. Wystawili także skrzynkę, gdzie każdy może wrzucić anonimowo kartkę z prośbą o pomoc dla potrzebujących. - Ta działalność to próba aktywizacji mężczyzn do czynnej formy posługi w Kościele - męska solidarność i współpraca dla dobra innych. Dzięki naszej modlitwie to dzieło stale się rozrasta - dopowiada.
Wojciech i Marta rozpoczęli także pięć lat temu coroczne prowadzenie przy góreckiej parafii Baranków - wspólnoty wspierającej rodziców w rodzinnym przygotowaniu dzieci do sakramentów pierwszej spowiedzi i wczesnej Komunii Świętej.
- Cieszymy się, że i w innych parafiach barankowe wspólnoty tworzą nasi wychowankowie, którzy u nas zobaczyli owoce takiego przygotowania. W bieżącym roku zgłosiło się do nas tylu chętnych, że postanowiliśmy zrobić dwie grupy - dodaje Wojciech.
W spotkania Baranków angażuje się cała rodzina, nie tylko dzieci. Wielu nazywa je wręcz rodzinnymi rekolekcjami.
- Rodzice dzielący się z nami świadectwem, mówią, że ich dziecko, kiedyś nudzące się w kościele, dopytujące: "Kiedy już pójdziemy do domu?”, po tych spotkaniach chce być z przodu kościoła, chce widzieć co się dzieje, chce uczestniczyć w tym niesamowitym doświadczeniu, którym jest Eucharystia. Ono czuje ile tam jest treści, jaka to jest moc, co tam się w ogóle wydarza - opowiada lekarz. - Jedna z mam nam powiedziała, że Bogu dziękuje, że tu przyszła, bo to uratowało ją od apostazji. My widzimy, że przyszłość Kościoła jest właśnie w tych małych wspólnotach - z małej liczby ziaren, które wzeszły na odpowiedniej glebie, plon jest stukrotny - uzupełnia te, które zagłuszyły ciernie cywilizacyjnego pędu. Ta droga przywraca sedno tego, czym jest Komunia, czym jest spowiedź. Odziera z tego całego woalu, tej niepotrzebnej pompy, manewrów kościelnych - gdzie stanąć, kiedy przyklęknąć, jak złożyć ręce. Skupiamy się na Jezusie, na tym, że to jest spotkanie z Nim, że On jest najważniejszy; że to jest najważniejszy prezent. Dlatego uczulamy rodziców, żeby w tym dniu nie dawać dzieciom prezentów, nie robić zdjęć, nie kręcić filmów w kościele. Wielu sceptycznie nastawionych do tej formy uroczystości, wychodzi z kościoła ze łzami w oczach, mówiąc, że tak to powinno wyglądać wszędzie...
Piękne rzeczy
Doświadczenia z czasów Opolskiej, a także z życia parafialnego doktor Wojciech nie zostawia w chwili, kiedy parkuje przy skoczowskiej Poradni na Bielskiej.
W centralnym miejscu jego gabinetu wisi na ścianie drewniany krzyżyk misyjny. - Przed 20 laty podarowała mi go pacjentka, która wróciła z Jerozolimy. Każdy dzień mojej misji w posłudze lekarskiej zaczynam przed nim od modlitwy: "Panie Jezu, oddaję Ci ten dzień. Prowadź mnie we wszystkich spotkaniach; spraw, abym nikomu krzywdy nie uczynił, ale pomagał ludziom w imię Twoje i abym sam też krzywdy nie doznał. Przyjdź Duchu Święty. Amen ”. I dzieją się piękne rzeczy - uśmiecha się. - Bo moim zdaniem medycyna to sztuka przywracania nadziei, zaopiekowania się pacjentem, który jest moim bliźnim. Bo to nie tylko człowiek, który przychodzi z dolegliwością ciała, ale też ktoś, kto ma inne obszary wymagające troski. Spotykamy się, żeby o dobrostan pacjenta - czyli mojego bliźniego - zadbać na wszystkich poziomach: ciała, emocji i ducha. Widzę, że to bardzo otwiera ludzi. Nawiązujemy relacje szersze niż tylko formalne - w sensie wystawiania recept i skierowań - czasem nawet przyjacielskie, dzięki którym mogę lepiej zrozumieć potrzeby mojego pacjenta. Na to musi być czas mimo konieczności czasochłonnego wklepywania dokumentacji do komputera.
W codziennej praktyce zajmuje się także ultrasonografią i leczeniem schorzeń metabolicznych, zwłaszcza otyłości. - Przyszłość medycyny to dla mnie profilaktyka, dlatego cenię pacjentów, którzy przychodzą zadbać o swój stan zdrowia przed zachorowaniem - dokładne badania i przegląd pomagają zapobiegać poważnym schorzeniom cywilizacyjnym, których jest coraz więcej - podsumowuje.
Doktor wspomina niedawną sytuację, kiedy przyszła do niego nowa pacjentka. - Pani, która miała za sobą trudny czas leczenia choroby nowotworowej. Omawialiśmy sprawy medyczne, ale tak spojrzałem na nią i zapytałem: "A jak pani to emocjonalnie przeżyła?”. I ta Pani najpierw zamilkła. Patrzyła przez chwilę na mnie i i nagle wybuchnęła płaczem: "Jest pan pierwszym lekarzem, który zapytał o to, jak ja się z tym czuję”. Mówiła, że doznała takiej ulgi, że to było tak uzdrawiające, jak oczyszczanie rany, która właśnie pękła.
Bo nie zawsze udaje się pomóc farmakologią. - Często widzę, że człowiek potrzebuje czegoś więcej. To jest kwestia wyczucia sytuacji, ale wtedy nie waham się zaproponować wspólnej modlitwy - dopowiada doktor.
Z ramienia Poradni zajmuje się od lat opieką medyczną nad "Przestrzenią Opatrzności" - Domem Pomocy Społecznej dla chłopców z niepełnosprawnością intelektualną w Skoczowie, prowadzonym przez siostry służebniczki dębickie. - Chłopaki są kapitalni, takiego entuzjazmu jaki mają w sobie nieraz brakuje osobom pełnosprawnym - oni po prostu cieszą się każdym dniem. Wizyta u nich zawsze ładuje mi akumulatory - dodaje ze śmiechem. Włącza się też w internetową akcję wsparcia rozbudowy tego miejsca - nagrali nawet zamieszczony w internecie wspólnie spot zapraszający darczyńców do wsparcia tego dzieła.
Ma doświadczenie medycyny paliatywnej, opieki nad ludźmi terminalnie chorymi i... bezradności, kiedy wyczerpują się możliwości farmakologiczne. To mu nie dawało spokoju. Mówił o tym Panu Bogu na modlitwie. Z tego powodu napisał kiedyś tekst z myślą o wspomaganiu ludzi, którzy doszli - jak mówi: "do krawędzi, do swojej ciemnej doliny”, i tych, którzy "są już u kresu życia". - To taka forma medytacji. Tekst, który można im czytać, jest swego rodzaju pomostem między "tym”, a "tamtym” etapem, kiedy człowiek przechodzi z życia do Życia - tłumaczy.
Tekst wydrukował i rozdawał chorym terminalnie. Nagrał także jego wersję audio, którą można odsłuchać na jego profilu facebookowym.
Lekarz dziennikarz
Praca ze słowem nie jest mu obca - równolegle z medycyną studiował... dziennikarstwo. Stworzył nawet studencką gazetę ZEZ; jest także jednym z autorów "Pamiętników lekarzy", gdzie w 2004 r. opublikowano jego pracę nagrodzoną w konkursie literackim dla młodych medyków.
A kiedy zaraz po ukończeniu uczelni nie mógł znaleźć pracy w swoim pierwszym zawodzie, został... dziennikarzem w radiu Plus Katowice, które miało swoją siedzibę w Łaziskach - to dzisiejsze (jego ulubione) radio eM.
Mimo lekarskich obowiązków wciąż znajduje czas na pisanie i nagrywanie - m.in. audiobajek dla dzieci i pieśni. Jedna z nich "Ubodzy to my”, napisana i opracowana muzycznie na Światowy Dzień Ubogich w Katowicach, stała się hymnem tego wydarzenia.
- Jestem humanistą i dla mnie wszystko, co ludzkie: kultura, historia, teologia, filozofia, stanowi o całości człowieka, o jego antropologii - dodaje.
Wciąż pamięta skąd wyszedł i gdzie odkrył swoje talenty - co roku jest konferansjerem podczas Światowego Dnia Ubogich na katowickim dworcu.
Potwierdzeniem tych pasji (a zarazem tej głównej - lekarskiej) są podarowane mu prace pacjentów na ścianach gabinetu: olejna abstrakcja, wyszywany haftem krzyżykowym górski pejzaż i Jezus na modlitwie („Wyleczył mi pan ręce, a to tego rezultat" - miała powiedzieć jego ofiarodawczyni). - Inne mam jeszcze w gabinecie ultrasonograficznym - dodaje z podziwem dla ich autorów. Jestem za przekraczaniem ograniczeń formalnych dla sztuki - z zasady - musi być wolna - dodaje.
Trudno nie zauważyć też najcenniejszego dla doktora dzieła - narysowanej kilka lat temu pracy najmłodszej córki. A niebiesko-żółto ukraińskie serce narysował sam w 2022 r. w czasie rozpoczęcia inwazji Rosji. - Wśród pacjentów mam też osoby z Ukrainy, z którymi bardzo się solidaryzuję. Widzę, jak działa na nich to, że tu spotykają kogoś, kogo serce bije też dla nich.
Hipokrates roku
To, że znalazł się w tej przychodni, nie jest przypadkiem. Ma pewność, że i to stało się za Bożym prowadzeniem. Mieszkali jeszcze w Chorzowie, kiedy w radiu eM usłyszał jak ustroński lekarz doktor Henryk Wieja otwarcie mówił o posłudze duchowej w całej sferze medycznej. - Kiedy przeprowadziliśmy się do Górek, od razu pojechałem do niego. To on mnie skontaktował z Samuelem Grabcem - lekarzem, który przyprowadził mnie właśnie do tej poradni, stworzonej przez doktora Adama Kuźnika; poradni, w której lekarze troszczą się nie tylko o fizyczne zdrowie pacjentów.
- To wyjątkowe miejsce, w którym wspieramy się wzajemnie w pomaganiu naszym pacjentom, a nawet raz w tygodniu, przed pracą, spotykamy się na modlitwie - kto chętny: lekarze, pielęgniarki, rejestratorki - i oddajemy Panu Bogu cały tydzień i to miejsce. Wśród naszych pacjentów mamy osoby o różnym światopoglądzie, ale w każdym najpierw widzimy człowieka, który potrzebuje nadziei - mówi doktor. - Bo ich życie, nieraz w biedzie choroby, zawsze woła o Nadzieję.
W swojej pasji życia, największego sprzymierzeńca znajduje w żonie. - W podróż poślubną wybraliśmy się na hiszpańskie Camino de Santiago - Szlak św. Jakuba. Trzy tygodnie wędrowaliśmy z Leon do Santiago de Compostela - wspomina. - Dzień po dniu, po wczesnej pobudce z modlitwą poranną, rozważaniem tajemnic małżeństwa, zapisywaniem naszych przemyśleń, spotykaniem ludzi. Ta droga, trud, zdarte buty, pięty z empoyas (pęcherzami) - to wszystko cały czas nas niesie. Nasza droga trwa - przez góry i doliny. Ale Bóg ją zaopatruje i to - mam nadzieję - będzie wydawać dobre owoce...
Niezwyczajność swojego lekarza docenili pacjenci. Doktor Wojciech Pałasz został laureatem plebiscytu na "Hipokratesa" - najlepszego lekarza powiatu cieszyńskiego w 2025 r. Biała karta misji i posługi, dopisuje się każdego dnia.









