Nowy numer 5/2023 Archiwum

Szlak łez i nadziei

Dla nich ten wrzesień 1946 r. wciąż trwa. Wspominają tych, którzy wyszli z domu ukradkiem, w ciemność, do lasu – i nigdy już z niego nie wrócili. Dziś nierzadko dopiero ich dzieci i wnuki odkrywają okrutną prawdę o zbrodni, o masowej zagładzie, zbiorowych dołach śmierci ukrytych w lasach. Co roku z Beskidów jadą na Opolszczyznę, by modlić się i pokazać, że pamiętają o pomordowanych żołnierzach „Bartka”.

Czekaliśmy

Po wyjeździe transportów z żołnierzami z Beskidów dla ich rodzin nastały lata niepewności, na zmianę nadziei i rozpaczy, kiedy nie było wiadomo, co się stało z bliskimi. Bo żaden z wyjeżdżających w 1946 r. nie dał nigdy znaku życia.

Przy zdjęciu Władysława Nowotarskiego (21 lat) z Milówki stanęła zasmucona Urszula Dancewicz. – To brat mojej mamy. Myśmy wujka długo szukali, bo wciąż myśleliśmy, że jednak mu się udało przedostać na Zachód. Sprawdzaliśmy potajemnie każdą plotkę. Była taka o strzelaninie w Grodźcu Śląskim… Mieliśmy rodzinę w Ameryce, więc próbowaliśmy się kontaktować z nimi. Potem było radio Wolna Europa, w którym pracowała Róża Nowotarska. To znowu ożywiło nadzieję, że może czegoś się dowiemy. Na zmianę słuchaliśmy radia i czytanych list Czerwonego Krzyża. Mama zawsze czekała. Kiedy przyszła wiadomość, że tu mogą być pochowani, jeszcze żyła i przyjechała. Teraz ja kontynuuję tę naszą rodzinną pamięć. Cała rodzina pamięta – mówiła pani Renata.

Przed wejściem na Polanę Śmierci stanęły portrety kilkunastu żołnierzy, których szczątki udało się zidentyfikować. Jest wśród nich Franciszek Konior (21 lat) z Cięciny. – Wiadomo, że nawet w domu nie mówiło się o tych nieobecnych, bo ktoś mógł usłyszeć, bo dzieci mogły nieopatrznie coś powtórzyć i sprowadzić na rodzinę dodatkowe represje. Z tamtych powojennych lat zapamiętałam ten jeden obraz: jak mama siedzi w kuchni przy piecu, cała zalana łzami, i modli się z różańcem w dłoniach. Jakby coś przeczuwała… Rodzice nie doczekali się żadnych wieści. Dopiero niedawno przyszła informacja – wspomina jego 90-letnia dziś siostra Cecylia Białożyt.

Wśród czekających bezskutecznie był też sam major Flame, który we wrześniu 1946 r. był ciężko ranny i nie mógł wyjechać. Zginął, zamordowany w 1947 r. Dziś jego podkomendnych odnalezionych w Starym Grodkowie i na Scharfenbergu odwiedza jego córka – Alicja.

Wzruszeń nie brakowało nie tylko podczas uroczystych chwil pod krzyżami. W pamięci beskidzkich pielgrzymów pozostaną niezwykle ciepłe i serdeczne spotkania z mieszkańcami. W Malerzowicach z pysznym poczęstunkiem czekały panie z KGW i Stowarzyszenia „Odnowa Wsi”. – Wspiera nas Urząd Gminy, a panie bardzo chętnie wszystko przygotowują. Cieszymy się, że przyjeżdżacie, bo bardzo leży nam na sercu to, co się tu wydarzyło. Dobrze, że to zostało wreszcie ujawnione, i myślę, że trzeba uczcić tych ludzi, którzy tu zginęli za nas. Czujemy się zobowiązani, żeby pamiętać – mówi Alina Janik, szefowa malerzowickich gospodyń, przypominając, że tutejsi mieszkańcy osiedli w tym miejscu po wojnie, a przyjechali głównie ze Wschodu i z Żywiecczyzny.

Co roku na smakowitą grochówkę zapraszają w Starym Grodkowie Małgorzata i Robert Bujakowie, właściciele pobliskiego zajazdu. – To nasz sposób, by oddać hołd bohaterom. Ja też miałem w partyzantce wujka. A symbolicznego wymiaru nasza grochówka nabrała w tym roku, bo pomogły gotować ją panie z Ukrainy, które gościmy od wiosny – mówi pan Robert.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy