Nowy numer 4/2023 Archiwum

Taki ksiądz, który ma żonę

Alenę dostrzegł od razu. – Sympatyczna dziewczyna – stwierdziłem. Musiałbym jednak sprawdzić, czy nadaje się na żonę księdza. Pytam: „Może odmówimy dziesiątkę Różańca?”. A ona: „Tylko dziesiątkę? Dawaj, cały Różaniec odmówmy!”. No to postawiłem pierwszy plusik – wspomina ks. Andrei Buinich, skoczowski katecheta.

Po „polemice”

Ksiądz Andrei mówi, że uczenie w szkole jest dla niego nową rzeczywistością – na Białorusi nie ma w szkole religii. – Postrzegam to jako bardzo pozytywne wyzwanie. Sam się dokształcam i myślę, jak skutecznie przekazać młodzieży najważniejsze treści. Początkowo bardzo się stresowałem, bo zdaję sobie sprawę, że nie mówię perfekcyjnie po polsku, ale uczniowie przyjęli mnie bardzo wielkodusznie. Wyzwaniem jest dla mnie to, by ich rozruszać, zainteresować, sprowokować do zadawania pytań.

Zauważa, że Polska wciąż jest krajem tradycyjnie katolickim i większość rodzin chodzi w niedzielę do kościoła. – Nie oceniam ich wiary, ale to jest ta zauważalna różnica, którą widzę też u młodzieży. Białoruś jest krajem ateistycznym, choć większość mieszkańców deklaruje się jako prawosławni. Na liturgię przychodzą co najwyżej raz w roku. Jednak te osoby, które identyfikują się z Kościołem, to już naprawdę ludzie zaangażowani.

O tym, jak skomplikowana bywa droga do Kościoła, pokazuje na swoim przykładzie. Został ochrzczony przez księdza prawosławnego w domu. Ale po „polemice” w zerówce nie myślał o Bogu aż do ukończenia szkoły. – Miałem 16 lat i zacząłem się zastanawiać nad sensem życia – dlaczego żyję. Chciałem się jakoś spełnić, zrealizować… Widziałem, że w tej czy tamtej dziedzinie zawsze ktoś jest lepszy ode mnie. Wtedy przyszła myśl, że Bóg jest absolutem, który może dać mi szczęście – opowiada. – Wtedy też przeczytałem Nowy Testament. Babcia dostała egzemplarz razem z pomocą humanitarną z Niemiec czy z Finlandii. Nie rozumiałem jednak jeszcze, w jaki sposób Ewangelia odnosi się do mojego życia.

Mój Bóg

Jako siedemnastolatek wyjechał na studia matematyczne do Mińska. Zamieszkał w internacie. – Jedni oddawali się nauce, inni kosztowali uroków dorosłego życia. Zrozumiałem, że i ja muszę wybrać. Studiowałem w latach 1995–2000. Rozwalił się Związek Radziecki i powstała próżnia. Wiele osób szukało swojej tożsamości religijnej. Powstało mnóstwo sekt. Spotykałem ich członków na ulicy, zagadywali. Zacząłem zgłębiać Biblię, żeby umieć z nimi dyskutować, pokazać, że ja znam je nie gorzej od nich, a może i lepiej. W pewnym momencie poczułem, że chcę znaleźć swojego Boga, swoją drogę. Byłem w różnych wspólnotach neoprotestanckich. Tam po nabożeństwie pastor zapraszał do przodu tych, którzy chcieli przyjąć Jezusa Chrystusa do swojego serca, a pozostali modlili się za nich. Na koniec każdy otrzymywał pocztówkę z datą i słowami: „Dziś przyjąłeś Jezusa Chrystusa do swojego serca. To twój dzień urodzin”. Kiedy już miałem kilka takich pocztówek, zrozumiałem, że chyba wystarczy raz przyjąć Jezusa – miałem to przeświadczenie, że Jezus już mieszka w moim sercu.

Andrei trafił także do rzymskokatolickiej wspólnoty charyzmatycznej z nurtu szkół nowej ewangelizacji. Tam spotkał wielu rówieśników, dla których wiara i wartości chrześcijańskie były tak ważne jak dla niego.

– To przeświadczenie, że Jezus mieszka w moim sercu, pogłębiałem na kursach ewangelizacyjnych SNE. W tej wspólnocie przeżyłem nawrócenie, ale niestety później odeszła ona od Kościoła. Powstało pytanie, co mam robić dalej. Z jednej strony czułem się jakoś związany z Kościołem prawosławnym, z drugiej – odkryłem Kościół rzymskokatolicki. Choć niewiele rozumiałem, miałem już pojęcie o sakramentach. Wtedy jedna osoba powiedziała mi, że mogę być prawosławnym w Kościele katolickim. Tak trafiłem do parafii unickiej.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy