Nowy numer 40/2022 Archiwum

Z jiżakiem u św. Józefa

– Trzy lata temu nikomu z nas nawet nie przyszło do głowy, że te mury zapełnią kobiety z gromadką dzieci; że będzie tak gwarno i rodzinnie – uśmiecha się ks. proboszcz Jan Figura, wprowadzając do domu naprzeciw plebanii w Andrychowie.

Andrychowski Dom Duszpasterski św. Józefa, który bp Roman Pindel pobłogosławił trzy lata temu, powstał z myślą o księżach emerytach. Do marca tego roku był ośrodkiem rekolekcyjnym – i wtedy wszystko się zmieniło. W domu zamieszkało 67 lokatorów, jakich nikt się tu nie spodziewał. Po prawie pół roku mury wypełniają śmiech dzieci, zapach domowych obiadów, a od czasu do czasu tęsknota i łzy…

Akurat dziś ks. proboszcz Jan Figura i księża wikarzy Stanisław Cader, Rafael Gwizdoń i Mikołaj Krzyżowski dostali specjalne zaproszenie. Od progu słychać, jak dzieciaki żywiołowo śpiewają po ukraińsku „Czerwoną kalinę”. Ksiądz Mikołaj łapie za akordeon i jest wspólne śpiewanie. A potem gościna – odświętnie nakryty stół, blincziki na słono, pierogi, dodatki i tort. A przed modlitwą i jedzeniem – podziękowanie za gościnę w Polsce.

– To absolutne nie był mój pomysł – zastrzega się ks. Figura. – Panie zaprosiły nas na kolację, mówiąc, że choć w taki sposób chciały podziękować parafii za schronienie, opiekę, pomoc, otwartość i życzliwość.

Tu cisza i spokój

Aljona z Krzywego Rogu mieszka tu najdłużej. Z synami Timofiejem i Wladem przyjechała 5 marca. Z domu zabrała to, co uznała za najpotrzebniejsze w czasie pobytu gdzieś… nie wiadomo gdzie. Zabrała więc też swoje ulubione sprzęty cukiernicze. W Andrychowie znalazła pracę w cukierni.

– Pani Marzenka i księża to chyba z nami mieli tu najwięcej kłopotów – opowiada. – A to jeden złamał nogę, a to drugi upadł i był problem z kręgosłupem i głową. Wezwali karetkę, pojechali ze mną do szpitala, byli cały czas przy mnie, pocieszali. Polacy wszędzie nam pomagają. To, co tu mamy, zawdzięczamy wam. Ubrania, buty, jedzenie. Każdy z nas myślał, że przyjechał tylko na chwilę, a minęła zima, wiosna, trwa lato…

Tamara opowiada o swoim ukraińskim mieszkaniu na trzecim piętrze. Pociski zniszczyły to na piątym i na niższe strach wracać. W innej sytuacji spadająca bomba pochłonęła dziewięć domów. Ludzie uciekli do tych, które ocalały. Rosjanie bombardowali szkoły, przedszkola, szpitale.

– Uciekłyśmy tutaj, a w naszych domach schronili się ci, którzy stracili swe domy po bombardowaniach – opowiadają. – Codziennie tylko pytamy, czy jeszcze możemy tu zostać, bo mieszkamy jak w pięciogwiazdkowym hotelu. A najważniejsze, że tu cisza i spokój.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy