Nowy numer 37/2021 Archiwum

Nie widzę przeszkód!

Jest muzykoterapeutką, zna kilka języków. Próbowała szermierki, żegluje, pływa, jeździ na nartach, łyżwach, rolkach, konno i uprawia kolarstwo. Zdobyła medale mistrzostw Polski, Europy i świata, mimo że straciła wzrok. Niebawem będzie reprezentować Polskę na paraolimpiadzie w Tokio.

Dominika Putyra z Bystrej Krakowskiej i jej pilotka Ewa Bańkowska 15 sierpnia wylatują do Japonii. 28 sierpnia czeka je pierwszy start w tandemie – jazda indywidualna na czas, na dystansie około 30 km. Jak się jeździ na rowerze, nie widząc? – To jest trochę jak z jazdą konną. W tandemie muszą ze sobą współgrać siła i technika z wzajemnym wyczuciem pilota i drugiego zawodnika. Jak koń reaguje na ruchy człowieka, na to, że ten wyczuwa zagrożenie, tak jest i u nas. Reaguję na wszystko, co mową ciała przekazuje mi pilotka – wyjaśnia Dominika.

Wyzwanie

Dominika i Ewa najpierw wystąpią w jeździe indywidualnej na czas. Potem odbędą się wyścig ze startu wspólnego oraz konkurencje torowe na dystansach 1 i 3 km. Nasze zawodniczki skupiają się przede wszystkim na szosie. I na pewno – jako brązowe medalistki mistrzostw świata z Portugalii – będą walczyły o złoto. Zawody to duże wyzwanie. – Osoba niedowidząca może dostrzec cokolwiek, ja nie widzę zupełnie nic. Dlatego tak ważna jest moja relacja z Ewą – mówi 36-letnia bystrzanka. Razem zaczęły trenować w ubiegłym roku. Na rower wsiadły 19 sierpnia, trzy dni później miały kraksę. Ewa uszkodziła mięsień czterogłowy i rozpoczęła rehabilitację.

Trenowały osobno. W maju tego roku zaczęły rywalizację podczas zawodów w kraju i za granicą, i zdobyły pierwsze medale. Jak się zaczęła ich współpraca? Ewa zawsze uprawiała jakiś sport – siłownia, dyscypliny sylwetkowe, aż przerzuciła się na spinning. Tam zauważył ją trener, mówiąc, że sprawdziłaby się w kolarstwie. – Bardzo szybko osiągnęła najwyższe pozycje w „mastersach” – to kategoria dla osób, które nie zajmują się kolarstwem zawodowo, ale „po godzinach” – tłumaczy Dominika. Ktoś jej podpowiedział, żeby zainteresowała się tandemami.

Na sto procent

O to, by sport był obecny w życiu Dominiki i jej dwóch braci, od początku dbali rodzice. Tata zabierał ich na pływalnię, mama na narciarski stok. W czwartej klasie podstawówki Dominika zachorowała na grypę. Infekcja uwolniła chorobę genetyczną, przez którą zaczęła tracić wzrok. – Miałam mądrego wuefistę, który mi nie odpuszczał. Mówił, że z zamkniętymi oczami do kosza mogę rzucać, serwować też mogłam. Kiedy klasa biegała, biegłam za szybszą koleżanką w czerwonej koszulce – uśmiecha się.

Osiem lat temu przeprowadziła się do Warszawy. Tam kupiła łyżwy. Po krótkim czasie okazało się, że Dominika jeździ najszybciej z grupy. – Nowych technik zaczęli mnie uczyć instruktorzy z lodowiska na Stegnach. A potem żal mi było stracić umiejętności, więc zaczęłam jeździć na rolkach – opowiada. – Miałam coraz większe problemy ze znalezieniem pilotów, bo na pewnym poziomie ludzie jeżdżą dla siebie, doskonaląc swoje umiejętności, albo nie mają już czasu, żeby go poświęcać ekstra dla drugiej osoby. Jednak, jak mówi Dominika, w jej życiu tak się układa, że kiedy pojawia się kłopot, jest i rozwiązanie.

Będą ze mnie ludzie

Kiedy miała 16 lat, dostała od taty rower – tandem. I tym tandemem jeździła też z koleżanką w Zakrzewie, gdzie trenowała jazdę konną. – Jeździłyśmy 6, 8 kilometrów po zakupy. I – szczęście w nieszczęściu – przez trzy dni, codziennie „leciała” nam dętka, więc jeździłyśmy do serwisu rowerowego. To tam porozmawiałyśmy z panem Eugeniuszem Adamowem, którego syn prowadzi polskie kolarki-juniorki. Przyjrzał mi się i powiedział, że powinnam się zgłosić do klubu, bo „będą ze mnie ludzie” – kontynuuje Dominika.

– Nie wierzyłam za bardzo. Poszłam do klubu, ale nie zagrzałam tam miejsca, bo miałam świadomość, że niedługo wyjeżdżam na cztery miesiące do Indii. Ale wróciłam. Wiedziałam, że potrzebuję sportu. Powiedzieli, że znajdą mi pilota. Pojechałam do klubu w Pruszkowie na konsultacje. I tego dnia przyjechał też student z Hiszpanii, z Erasmusa. Służyłam jako tłumacz angielskiego w jego rozmowie z trenerem. Pochodził z kolarskiej rodziny, trenował w juniorach, studiuje na AWF-ie. Trener zachęcał, żebym zapytała go, czy nie chciałby ze mną jeździć jako pilot. Wydawało mi się to niezręczne, więc zapytałam „na okrągło”, że trener pyta, czy chciałby zobaczyć, jak to jest jeździć w tandemie. Chłopak bardzo się ucieszył i tak się zaczęła nasza półroczna współpraca, której efektem było złoto w drużynowych mistrzostwach Polski… mężczyzn!

– Nie ma kategorii mieszanej, a w tandemie z mężczyzną nie mogłam startować w konkurencji dla kobiet, więc zostały mi zawody z mężczyznami – wyjaśnia Dominika.

Muzyka Dominiki

W ostatnich miesiącach to Tokio stało się priorytetem, więc zrezygnowała z pracy. A pracowała jako muzykoterapeuta w klinice „Budzik”. – Jesienią chcę wrócić do zawodu, bo są osoby, które już tęsknią – uśmiecha się. Pracowała przy wybudzaniu dzieci ze śpiączki, ale i z osobami z różnymi uszkodzeniami neurologicznymi. – Fascynują mnie rozwiązania naukowe z tym związane; na ile muzyka wpływa na odbudowywanie nowych dróg neuronalnych. Jeśli coś jest uszkodzone w tym układzie, to się już nie odbuduje, ale można zbudować nowe drogi – i nad tym też chcę pracować. To praca żmudna. Na efekty czeka się długo, ale kiedy przychodzą, są trwałe i bardzo cieszą – mówi. Muzyka w życiu Dominiki jest obecna prawie tak samo długo jak sport.

– Jako brzdąc chodziłam po drabinie i śpiewałam czołówkę z „Gumisiów”. W domu za mikrofon służyła mi skakanka. Chciałam się rozwijać muzycznie. Przez rok, kiedy jeszcze widziałam, uczyłam się nawet gry na keyboardzie –  wspomina dziewczyna. Bystra słynie z letnich recitali organowych. To tam Dominika poznała Ewę Jaślar – znaną harfistkę. Bardzo chciała usiąść przy harfie, dotknąć, by sprawdzić, jak wygląda. Znalazła dźwięk, zagrała „Wlazł kotek na płotek”, „Odę do radości” i harfistka zaproponowała jej naukę. Po maturze Dominika pojechała do Krakowa, by w szkole policealnej uczyć się masażu.

– To było poniżej moich możliwości intelektualnych. Ale bałam się, że jak pójdę na studia, to sobie nie poradzę. Chodziłam jako wolny słuchacz na wykłady z filozofii, z psychologii. Uczyłam się życia, orientacji w przestrzeni. Mówiłam znajomym, że jak będę ich prosiła o pomoc, to mają odmówić, bo inaczej nie nauczę się sama przemieszczać. Wkrótce zapukała do drzwi Archidiecezjalnej Szkoły Muzycznej – do klasy organowej, na drugi stopień. Tam też dowiedziała się o muzykoterapii. W efekcie ukończyła studia w tej dziedzinie we Wrocławiu. Kolarski trener Dominiki mówi, że we wszystkim, co robi, łączy ducha i ciało. Kiedy trenuje na rowerze, repertuar muzyczny, który jej pomaga, jest bardzo szeroki – od piosenek zespołów Europe, Quinn, po hymn „Ty wyzwoliłeś nas, Panie” czy piosenkę „Serce wielkie nam daj”. – A kiedy już nie daję rady, to tylko „Jezu, Jezu, Jezu” – bo to akurat na jeden obrót korby – uśmiecha się.

Jadę na koksie

Porozumiewa się bardzo dobrze lub komunikatywnie po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, francusku i… tybetańsku. O swoich przygodach związanych z żeglarstwem, z podróżami do ukochanego Paryża, Wiednia, a nawet do Indii, gdzie najpierw odwiedziła swoich podopiecznych z Adopcji Serca w tybetańskim obozie dla uchodźców, a potem mieszkała wśród nich cztery miesiące, może długo opowiadać. Odkąd pracuje i trenuje w Warszawie, w czasie ferii zawsze przyjeżdża do rodziców w Bystrej na tydzień. To tu rok temu złapał ją lockdown i została na trzy miesiące. Zaangażowała się w życie parafii – grała na organach, śpiewała. Rodzice potwierdzają, że ich córka jest jak niewidome konie wyścigowe z dowcipu. Jeden pyta: „Może weźmiemy udział w Wielkiej Pardubickiej?”. Drugi odpowiada: „Nie widzę przeszkód!”.

Zapytana kiedyś, skąd bierze tyle energii do działania, odpowiada zdecydowanie: – Jadę na koksie pod tytułem „Różaniec i Eucharystia”. Nigdy nie miała pretensji do Pana Boga, że straciła wzrok. – Powiedziałam: „Jak mi zabrałeś wzrok, to sobie ze mną radź!”. Kiedyś na rekolekcjach oazowych ksiądz nas uczył, że my nie mamy prosić Boga o malucha, kiedy On może dać nam mercedesa. I tak się modlę – opowiada. Formowała się w oazie, była też związana z dominikańską „Beczką”. Za najważniejszy duchowy krok uważa rekolekcje ignacjańskie. Na Eucharystii stara się być codziennie. Także w czasie zawodów.

– Kiedyś się zastanawiałam, po co ja jestem w tym kolarstwie. Ewa, bez której nie byłoby moich sportowych osiągnięć, nie jest osobą wierzącą. Może jestem po to, żeby jej pokazać, że Pan Bóg działa w naszym życiu? – zastanawia się. W Pruszkowie poprosiła kolegę z zespołu, żeby chodził z nią na Mszę o 7.00. – Robił to z przyjemnością. Potem mówił, że przez 10 lat nie nachodził się tyle do kościoła, co ze mną w tym roku. Pan Bóg ma swoje sposoby żeby przyprowadzić człowieka do siebie –  dodaje.


Dominika i Ewa musiały zakupić nową ramę do roweru i oprzyrządowanie. Koszt to około 110 tys. zł. By pomóc olimpijkom, można wpłacać datki za pośrednictwem portalu „Polak Potrafi” – zbiórka: „Tandemem po złoto – Tokio 2021”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama