Nowy numer 24/2021 Archiwum

Pan Franek nie z tego świata

Gdy był kierowcą autobusu, za każdym razem, kiedy zaczynał jeździć nowym pojazdem, montował w nim kierownicę z poprzedniego. Z lewej strony miała jedenaście małych otworów.

O niezwykłych okolicznościach, jakie 1 maja w kościele św. Jana Chrzciciela w Brennej towarzyszyły Mszy Świętej pogrzebowej 84-letniego Franciszka Rudzickiego, mówił ks. prob. Czesław Szwed. Zmarł 28 kwietnia. Był mężem Anny (od 58 lat), tatą, dziadkiem, pradziadkiem, społecznikiem, człowiekiem ogromnej wiary, czcicielem Matki Bożej Kalwaryjskiej.

– To był początek maja, miesiąca Matki Bożej, pierwsza sobota, dzień św. Józefa i Rok św. Józefa – patrona mężów i ojców. Liturgii towarzyszyła Ewangelia o ośmiu błogosławieństwach, które uosabiał pan Franciszek. W tym kontekście zmarłego wspominał ks. Szwed, mówiąc także o wspólnych codziennych rozmowach po porannej Mszy św., przyjmowanej niemal każdego dnia przez pana Franciszka Komunii Świętej i jego oddaniu Matce Bożej. Świadectwem tego jest choćby historia kierownicy autobusów w cieszyńskim PKS-ie, gdzie pracował przez lata.

– Z lewej strony kierownicy jedenaście otworów. Małych, tak by tylko wyczuć opuszkiem palca. Jedenaście – tyle ile potrzeba, aby modlić się jedną dziesiątką Różańca. To właśnie ta modlitwa towarzyszyła Frankowi – by szczęśliwie prowadzić, bez wypadku dojechać. I na pewno zmieścili się w tej modlitwie podróżujący ze swoimi problemami i sprawami – mówił ks. Szwed, wspominając też o wytartych paciorkach różańca należącego do zmarłego. Przypomniał także ostatni dzień jego życia, który nastąpił nazajutrz po 84. urodzinach: rano Msza św., przyjęta Komunia Święta, rozmowa, potem – dobro uczynione innym. Nie zabrakło troski o stan sieci wodociągowej – bo to dzięki jego społecznej pracy w domach w Brennej płynie woda.

– Może dziesięć minut przed jego śmiercią widziałem z okna, jak pracował w ogrodzie – kontynuował ks. Szwed. – Tam przyszła śmierć. Pewnie dlatego, że tym dniem dopełnił miary dobra, które było potrzebne do szczęśliwej wieczności. Jego życie to była służba. Doskonale rozpoznał, że życie nabiera sensu tylko wtedy, kiedy je oddajemy innym, więc oddawał siły, zdrowie i czas tym, którzy tego potrzebowali – mówił ks. Szwed, dodając: – Tak sobie myślę o tych prawie 17 latach sąsiedzkiego życia, że to był prawdziwy człowiek, może często za dobry, taki trochę nie z tego świata, bo zawsze najpierw myślał o innych, a o sobie na końcu. Jak ktoś z rodziny powiedział – nigdy nie nauczył się odpoczywać. Może raczej dziś trzeba powiedzieć: odpoczywał po swojemu, czasem na kolanach, na modlitwie…

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama