Nowy numer 18/2021 Archiwum

Świadectwa pielgrzymów łagiewnickich: ks. Marcin Samek, wikary w Rzykach

- Byłem na czwartym roku seminarium. Mieliśmy wybór: albo majowy weekend w seminarium, albo pielgrzymka z ludźmi. Nie mieliśmy wątpliwości! - śmieje się ks. Marcin Samek, wytrwały pielgrzym łagiewnicki.

Ks. Marcin Samek, pochodzący z Kęt, dziś wikary w Rzykach, był w gronie "kleryckich pionierów", którzy jak pierwsi alumni seminarium w Krakowie szli do Łagiewnik.

- Byłem na czwartym roku. Mieliśmy wybór: albo majowy weekend w seminarium, albo pielgrzymka z ludźmi. Nie mieliśmy wątpliwości! - śmieje się ks. Marcin. - Mnie powierzono odpowiedzialność za 60 kleryków, którzy zdecydowali się iść. To były dla mnie, przygotowującego się do kapłaństwa, najlepsze rekolekcje. Spotkanie z żywym Kościołem - fakt, elitarnym, bo na pielgrzymkę idą raczej ludzie zaangażowani w życie Kościoła, wierzący. Ale nie jest to regułą, bo czasem główną motywacją jest wędrówka w fajnym towarzystwie - a to często dobry początek.

Ks. Marcin dodaje, że nigdy wcześniej nie był na pieszej pielgrzymce. - Zobaczyłem, że tam jest czas na wszystko: wyciszenie, modlitwę, Mszę św., koronkę, Różaniec, poważne rozmowy, ale i na gitarę, śpiew, tańce, żarty - opowiada. - Tam się też przekonałem, jak wielką odpowiedzialnością jest kapłaństwo. Nie byliśmy wtedy jeszcze księżmi, ale mieliśmy już sutanny. Ludzie podchodzili do nas, chcieli rozmawiać na ważne dla nich tematy. Nie był dla nich istotny nasz wiek. To był ważny wątek narodzin mojego kapłaństwa. Przekonałem się, że mam realny wpływ na drugiego człowieka przez to, co mu powiem. Była jeszcze jedna ważna dla mnie rzecz. Pielgrzymka była dla mnie sprawdzianem, na ile jestem akceptowalny, na ile ludzie chcą ze mną rozmawiać. Także z tego powodu, że się jąkam. I tam się przekonałem, że to nie jest dla nikogo przeszkodą…

Duszpasterz dodaje: - Kiedy szedłem już jako ksiądz, zawsze poruszały mnie spowiedzi - przychodziły osoby, które od dawna się nie spowiadały, osoby z poważnymi problemami… Pielgrzymka była dla nich czasem naprawiania życia.

Ksiądz Marcin pielgrzymował z przyjaciółmi z Kęt z ks. Zygmuntem Mizią, który wtedy był wikarym w Kętach, i oczywiście z bratem bliźniakiem Bartkiem. Kiedy po święceniach trafił do Radziechów, przyciągnął na pielgrzymkę kolejnych młodych. Potem został wikarym w Rzykach. - Na trasie kręciliśmy z bratem krótkie filmiki. Kiedy je obejrzałem, zobaczyłem, że zdążyłem już poznać bardzo wielu moich nowych parafian! Bo w mojej grupie św. Faustyny dzięki ks. Tomkowi Sroce, mojemu poprzednikowi w Rzykach, mnóstwo osób chodzi do Łagiewnik!

Rzycki wikary podkreśla też, jak silne więzi rodzą się na pielgrzymkach. - Ta wzajemna tęsknota nas i naszych gospodarzy... Widzimy, jak dorastają ich dzieci, przeżywamy, że oni kładą się spać na podłodze, żebyśmy mogli wypocząć na łóżkach - tego nie da się nie docenić… - opowiada. - A poza tym, choć jestem młodym księdzem, już błogosławiłem pielgrzymkowe śluby, chrzciłem dzieci pielgrzymów, mam stały kontakt przez cały rok z osobami, które poznałem w drodze…

A plan tegorocznego e-wędrowania, w czasie którego będzie można wesprzeć materialnie siostry klaryski z Kęt, znajdziecie TUTAJ.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama