Nowy numer 18/2021 Archiwum

Zadrżał sufit

Był poniedziałek 15 listopada 2010 r. Wanda usłyszała wyrok: rak szyjki macicy z przerzutami do węzła chłonnego. Wróciła do domu, do Rycerki. Trzy godziny później telefon brata: tata zmarł nagle w pracy…

Tamtego dnia ta pierwsza wiadomość jej „nie zabiła”. – Bardziej ta druga. Tata miał 68 lat. Był ostoją naszej rodziny… – mówi Wanda Biernat. W tym samym dniu rozpoczęła swoją walkę. Bardzo szybkie działanie lekarzy: 24 listopada – operacja. Po niej powrót do domu i oczekiwanie na termin chemii. 8 grudnia modlili się całą rodziną.

Zadzwonił telefon, w końcu Michał, syn, odebrał. To do niej. „Pani Wando, 13 grudnia rozpoczyna pani chemię”. – I to już leciało jak burza. Chemia, naświetlania. Bardzo ciężki czas w szpitalu. Praktycznie trzy miesiące wycięte z życiorysu – opowiada Wanda. – Ale coś, co wyglądało na mój koniec, stało się początkiem…

Wiem, co się stało

– Pochodzę z wierzącej, praktykującej rodziny. Mama i tata byli idealnym małżeństwem, przewspaniałymi rodzicami, którzy uczyli nas wiary. Jednak wtedy jeszcze nie do końca wiedziałam, co to znaczy oddać swoje życie Jezusowi. A okazało się, że wokół mnie jest bardzo dużo osób, które zaprzyjaźniły się z Nim. Jeździły do Milówki, gdzie franciszkanie z Krakowa sprawowali Msze św. z modlitwą o uzdrowienie i modlili się też w mojej intencji. Po takiej Eucharystii zadzwoniła do mnie mama: „Dziecko, będziesz zdrowa, bo jak ksiądz się za ciebie modlił, to wydawało się, że sufit drży”. To był wieczór, miałam tomografię, a nazajutrz przyszła pani doktor i powiedziała: „Nie wiem, co się stało, ale to wszystko już się cofnęło o 50 procent”. Odpowiedziałam tylko: „Pani doktor, ale ja wiem, co się stało”. Jakiś czas później przyszłam do niej na własnych nogach. Spojrzała na mnie: „Z medycznego punktu widzenia pani tutaj nie powinno być…”.

Po pierwszej operacji i terapiach Wanda wróciła do Rycerki. Pamięta doskonale jedną niedzielę. – Wyskoczyłam z łóżka i mówię do męża: „Antek, zawieź mnie do sanktuarium!”. Wcześniej byliśmy tam raz. A tego dnia pojechaliśmy po moją mamę i brata Piotrusia. Wiedziałam, jakim bólem był dla mamy tamten 15 listopada. Wszyscy mieliśmy jedną intencję: moje zdrowie. Weszłam do sanktuarium, spojrzałam w twarz Matki Bożej i… byłam już spokojna. Jeśli Pan Bóg i Maryja pozwolą, żebym żyła, to będę żyć.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama