Nowy numer 30/2021 Archiwum

„Ver” znaczy widzieć

Pod koniec października Ania Olma, 23-latka z salwatoriańskiego duszpasterstwa „Bagno” w Bielsku- -Białej, wyruszyła do Hondurasu w ramach wolontariatu Domów Serca. Tak jak obiecała tym, którzy ją wspierają, przysłała pierwszy list!

Wolontariuszy katolickiej organizacji Domy Serca, wśród których jest Ania, można wspierać, m.in. deklarując regularną modlitwę lub pomoc finansową na stronie: domyserca.pl. W zamian, kiedy to możliwe, misjonarze przysyłają relacje ze swojej posługi. Pierwszy list z Tegucigalpy udało się Ani wysłać tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Obiecała, że mottem każdej przesyłki będzie jedno słowo hiszpańskie. Pierwszym jest czasownik „ver” – widzieć.

Chronią mnie!

„W Tegucigalpie mieszkam w dzielnicy El Pedregal, która nie cieszy się dobrą sławą i nie jest z pewnością odwiedzana przez mieszkańców innych dzielnic” – pisze Ania. – „Nasi przyjaciele spoza dzielnicy nie parkują tu swojego samochodu, niektórzy sami też nie przyjdą nas odwiedzić. Mamy niedaleko parafię, gdzie codziennie uczestniczymy we Mszy św.”. Tam Ania otrzymała błogosławieństwo i posłanie proboszcza ks. Ricardo: „Tym samym ksiądz powiedział obecnym ludziom, żeby mnie szczególnie strzegli i chronili w naszej dzielnicy, więc… czuję się naprawdę najbezpieczniejszym człowiekiem Hondurasu!”.

Wolontariusze na co dzień żyją według harmonogramu: razem się modlą, jedzą, spędzają czas z dziećmi w dzielnicy. Stałym punktem jest prywatna adoracja Najświętszego Sakramentu w domowej kaplicy, Msza św., nauka hiszpańskiego, załatwianie spraw administracyjnych, zakupów, sprzątanie czy gotowanie.

W liście Ani nie zabrakło opisu jej odczuć w covidowej rzeczywistości, która zmieniła dotychczasową posługę wolontariuszy w tym miejscu: „Przyjechałam. Jest COVID, są huragany. Siedzę w domu. Do więzienia nie możemy chodzić. Do szpitala psychiatrycznego nie możemy chodzić. Do domu dla opuszczonych też nie. Brzmi słabo? To trudne, kiedy zostajesz naprawdę z niczym. Nie tylko bez tego, co zewnętrzne, jak rodzina, wspólnota, social media, studia, relacje, ale nawet bez tego, co było moim »narzędziem« do robienia dobra. Została mi zabrana możliwość przekazywania dobrego słowa, a nawet rozmowy, bo nie znałam jeszcze języka. Została mi zabrana możliwość dotyku, przytulenia i bliskości, które po ludzku są tak istotne, bo… COVID. Został mi zabrany nawet mój uśmiech, którym planowałam oświecać smutne dusze, bo na każdej wizycie u naszych przyjaciół z dzielnicy mam… maseczkę”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama