Nowy numer 39/2020 Archiwum

Wiktoria, czyli zwycięstwo!

To było wyjątkowe Boże Narodzenie – czteroletnia Wiki po raz pierwszy w życiu stanęła obok pięknej choinki. – Na operowanej nóżce ma jeszcze gips, ale już tak żwawo drepcze, że nie wiemy, kto za nią nadąży, kiedy jej ten gips zdejmą – mówią uszczęśliwieni tym widokiem rodzice. Razem z nimi cieszy się jeszcze... kilka tysięcy osób.

Otej dzielnej małej bielszczance pisaliśmy kilka miesięcy temu, jeszcze przed wakacjami, kiedy bardzo potrzebowała pomocy. Wiktoria Widulińska urodziła się z genetycznym schorzeniem: NF1. Miała pół roku, kiedy nóżka złamała się po raz pierwszy. Kości łamały się kilkakrotnie i nie chciały się zrastać. Pojawiały się stawy rzekome, ból przy każdym ruchu był coraz większy, a lekarze radzili jedno: amputację.

– Ta straszna diagnoza skazywała ją na kalectwo na całe życie. Jak mogliśmy podjąć taką decyzję? – pytają retorycznie rodzice Ania i Łukasz. Wiki, która nigdy nie biegała, mogła wyłącznie siedzieć na wózku. Paracetamol, który podawali jej lekarze, nie był w stanie uśmierzyć bólu. Dzieci nie chciały się z nią bawić. Mimo to mała Wiktoria niemal cały czas uśmiechała się pogodnie. Tak też pozowała do zdjęcia jeszcze w czerwcu, na wózku inwalidzkim...

Medyczna huśtawka

Rodzice w poszukiwaniu pracy wyjechali do Wielkiej Brytanii. To tam, kiedy u półrocznej dziewczynki wykryto pierwsze złamanie, po badaniach stwierdzono genetyczne podłoże tego schorzenia. – Najpierw usłyszeliśmy, że będzie można zrobić operację, ale Wiki musi być trochę starsza. Byliśmy pod lekarską opieką, zdarzało się, że kilka razy w miesiącu jeździliśmy do szpitala w Birmingham. Aż usłyszeliśmy, że dla niej i dla nas najlepszym rozwiązaniem będzie... amputacja – wspominają rodzice. Byli zdruzgotani.

– Poczuliśmy się okrutnie oszukani. Lekarze zapewniali, że będzie operacja, a w końcu okazało się, że lista oczekujących jest długa, a przypadek Wiktorii wcale nie był najpilniejszy czy najważniejszy. W innej rozmowie usłyszeliśmy, że jest za późno – wspomina Łukasz Widuliński. – Wtedy natrafiliśmy na informacje o Instytucie dr. Paleya z USA. Lekarz ten opracował autorską metodę, która w tym schorzeniu nie tylko przywraca pełną sprawność połamanej kończynie, ale też zapobiega dalszym złamaniom. Dowiedzieliśmy się, że w Warszawie również odbywają się operacje. Od razu w lutym pojechaliśmy na konsultację. Okazało się, że wkrótce Wiki może być operowana. Nasza radość była ogromna, odzyskaliśmy nadzieję, ale kiedy otrzymaliśmy szczegółowy plan operacji i kosztorys, poczuliśmy lęk. Bo operacja miała kosztować 350 tysięcy złotych. Skąd mieliśmy je wziąć? Termin wyznaczony był na 3 września, ale do końca lipca musieliśmy zebrać tę kwotę. Zbiórka ruszyła z końcem maja – opowiada mama Wiktorii.

Fundacja Siepomaga

W tym samym czasie rodzice Wiki szukali wsparcia. Kilka tysięcy zebrali dla Wiki znajomi z Anglii, którzy zorganizowali charytatywny koncert. Plakaty z apelem o pomoc rozwieszono też w klatkach bielskich bloków. Kiedy zdjęcie małej Wiki i jej zdeformowanej przez złamania nóżki pojawiło się na portalu Fundacji Siepomaga, zaczęły wpływać pierwsze wpłaty, najczęściej przekazywane przez anonimowych „pomagaczy”. – Wpłaty są różne, czasem kilka złotych, złotówka, a czasem kilkaset. Uzbierało się już ponad 90 tysięcy – relacjonowała pod koniec czerwca Magdalena Pawlik, babcia Wiktorii, działaczka bielskiej podziemnej Solidarności, która codziennie pilnie śledziła, co dzieje się na fundacyjnym koncie zbiórki dla jej wnuczki.

Zostawał tylko miesiąc, a brakowało jeszcze ponad 250 tysięcy. – Tylko razem uratujemy Wiktorię przed amputacją! – przypominali administratorzy portalu Siepomaga, a z apelem: „Pomóżmy uratować nóżkę Wiktorii!” – zwróciliśmy się także do czytelników „Gościa Niedzielnego” i internautów, w tym także naszych facebookowych przyjaciół.

Pan Waldemar i inni

Odzew poruszył nas mocno. Wiele osób włączyło się w nagłośnienie zbiórki, sporo było głosów poparcia i zapewnień, że za słowami idą przekazy. – Zaskakiwali nas ludzie, których wcześniej nie znaliśmy – organizowali u siebie zbiórki dla Wiktorii – mówią rodzice Wiki.

Najmocniej zapisał się w naszej pamięci pan Waldemar z dość odległego Lubina, który z niezwykłą kurtuazją („Przepraszam, że wtrącam się w nieswoje sprawy”) i energią („Pozdrowienia dla Wiki i do roboty!”) mobilizował siebie i innych do działania. Jesteśmy mu niezwykle wdzięczni. Odpowiedział na zamieszczony na naszej stronie apel o ratunek dla Wiktorii. Nie tylko dołączając do zbiórki, ale rozsyłając prośby do wielu środowisk w Polsce, a nawet za ocean, do amerykańskiej Polonii. Oni przekazywali te prośby dalej. Zaangażowało się wiele osób. Ostatecznie apel w sprawie zbiórki dla Wiki udostępniono ponad 10 tysięcy razy, a swoje wpłaty na konto przekazały 5582 osoby. „Wszyscy z niedowierzaniem obserwowaliśmy, jak pędzi zielony pasek na zbiórce Wiktorii, ten cud dział się na naszych oczach – za Waszą sprawą!” – pisali administratorzy portalu.

– Nie znajdujemy słów podziękowania za waszą wielką dobroć – mówili najbliżsi dziewczynki, poruszeni niezwykłą mobilizacją darczyńców, którzy oprócz tak potrzebnych złotówek przekazywali też słowa otuchy i zapewniali o modlitwie. „Pomagacze” pisali: „Panie Jezu, uratuj tę biedną nóżkę!”; „Śliczna dziewczynka. Niech Ją Pan Bóg chroni, a imię pomaga zwyciężać”; „Jezu, Ty się tym zajmij, proszę”; „Jezu, ufam Tobie”; „Trzymaj się, maleńka! Będzie dobrze! :-) Pozdrawiamy”; „Wszystko będzie dobrze :) Mała, możesz żyć tak szczęśliwie, że głowa mała ;)”; „Kochanie, nie poddawaj się, myśl pozytywnie :) Niech Ci Bóg błogosławi!”; „Niech Pan Bóg Was wesprze! Szybkiego powrotu do zdrówka. Trzymaj się mała!”; „Wikusiu, wierzę, że nie tylko będziesz biegać, ale również tańczyć; a potem na rower i objedziesz caaały świat”; „Jesteś dzielna, będzie dobrze”...

Po prostu miłość

– Pomoc jest po prostu miłością. Tego się nie da zdefiniować. Każdy z nas nosi w sobie strach, ból, obawę przed stratą tego, co się kocha, ale trzeba mieć światło, żeby pomóc innemu, tak jak uczynił to Samarytanin... – mówił Waldemar Flądro z Lubina podczas jednej z rozmów telefonicznych.

– Jeżeli, a w to nie wątpię, Wiki się przebiegnie i może nawet przewróci, będę szczęśliwy. A czy szczęście nie jest cząstką miłości? Sam okazał się wspaniałym świadkiem miłości, a jeszcze bardziej było to widać, kiedy z wdzięcznością opowiadał o natychmiastowej reakcji środowiska sportowego, do którego zwracał się z apelem o pomoc. „Bez wahania zaangażowały się całe kluby sportowe, zwłaszcza TS Podbeskidzie Bielsko-Biała i jej rzecznik Marcin Zarębski, BKS Bielsko, cudowne Dziewczyny i ich rzecznik Maurycy. I BBTS, wysocy faceci o dużych sercach, podobnie jak siatkarze Cuprum Lubin i prezes Tomasz Tycel; i obie sekcje piłki ręcznej Zagłębia Lubin z prezesem Witoldem Kuleszą i Kają Załęczną – legendą tej dyscypliny. I jeszcze całe grono młodych oraz przyjaciół w moim wieku. O wielu z nich nie mam pojęcia, ale to oni są tym najlepszym kawałkiem miłości” – wyliczał z wdzięcznością w jednym z maili. I zaraz podkreślał: „Ta mała dziewczynka dała nam więcej, niż jesteśmy w stanie jej oddać”. Zwracał przy tym uwagę, jak niesamowici są rodzice Wiki, którzy mimo swoich trosk pomagali w zbiórce dla innych dzieci, dla Kacperka, małej Róży.

Rodzice wytrwali

Jeden z darczyńców napisał: „Musicie walczyć do końca i wierzyć, że się uda. Życzę wam siły, aby to przetrwać”. Nie wiedzieli jeszcze, jak prorocze będą te życzenia. Tuż przed planowaną operacją okazało się, że potrzebne są jeszcze dodatkowe badania. Rozpaczliwe poszukiwania placówki, która je wykona w krótkim terminie, i znowu szok: rezonans wykrył dwa glejaki w mózgu Wiki. Operację zawieszono.

– Nie wiadomo było, co robić. To było jak zderzenie ze ścianą – tata Łukasz wzdryga się na samo wspomnienie. Dopiero konsultacja, znowu błyskawiczna (!), ze specjalistami, pozwoliła uspokoić obawy. Na razie zmiany wystarczy obserwować, są łagodne, nie wymagają żadnej interwencji i nie stanowią przeszkody do operacji. To stanowisko musieli potwierdzić inni lekarze. Ostatecznie operacja odbyła się 14 listopada. – W tym czasie ja prosiłam Boga w kościele, a wcześniej rozesłałam do kogo się dało esemesy z prośbą o modlitwę. Modliło się wielu ludzi – wspomina babcia Magdalena. Jak przyznali lekarze, była to jedna z najtrudniejszych operacji, jakie wykonali do tej pory.

– Zamiast planowanych czterech godzin, trwała osiem, bo tak mocno pogłębił się zły stan nóżki w ciągu tych paru miesięcy. Ale wszystko się udało i na razie Wiki ma gips, choć już zaczęła chodzić, bo nie potrafi usiedzieć w miejscu – mówią rodzice. Nowy rok rozpoczną od wizyty w Warszawie. Po ściągnięciu szwów nóżka pewnie jeszcze trafi do gipsu, ale coraz bliżej jest ta chwila, kiedy wszystkie modlitwy dobrych ludzi zostaną wysłuchane i Wiktoria pobiegnie jak inne dzieci, a jej rodzice będą już tylko na starych zdjęciach oglądać, jak cierpiała ich córeczka. Ona sama promienieje uśmiechem, którym dzieli się z tysiącami swoich nowych przyjaciół...

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama