Nowy numer 41/2019 Archiwum

Nie zostają z tyłu

– Tu dzieją się przepiękne rzeczy. Kiedy dogasa ogień, płyną historie prosto z serca. Doświadczam prawdziwie męskiej jedności i otwartości. Jestem zaszczycony, że mogę z nimi być – mówi o. Paweł Kijko OFM Conv w lipcowy wieczór przy ognisku na Hali Boraczej.

Jest ich dwunastu. Towarzyszy im o. Paweł Kijko OFM Conv. 15 lipca rozpoczęli pięciodniową Beskidzką Drogę Wojowników – górską wyprawę ojców i synów. Wśród nich jest Marek Wójcik – tata trójki dorosłych dzieci i mąż Renaty. To od niego się zaczęło. Doskonale pamięta kajakową wyprawę sprzed kilku lat z Piotrem, najstarszym synem. Opuścili już towarzyszy kilkudniowej przygody. Mieli wracać do domu. Niestety, uciekł im ostatni pociąg.

– Podjechaliśmy stopem do najbliższej miejscowości i.... postanowiliśmy przeczekać kilka godzin na stacji paliw. Tej nocy nie zapomnimy nigdy. Nauczyłem syna grać w brydża. Dwa lata późnej zdobył srebrny medal w olimpiadzie brydżowej – uśmiecha się Marek. Potem na wyprawę zabrał i młodszego syna Wojtka. Doświadczenie męskiego budowania ojcowsko-synowskich relacji tak mocno w nich utkwiło, że Marek postanowił podzielić się nim z innymi ojcami. Powiedział o pomyśle wyprawy franciszkanom z Rychwałdu. Trzy lata temu w góry wybrała się pierwsza ekipa. W tym roku – kolejna, z udziałem sześciu ojców i ich sześciu synów.

Superprzygoda

Z Brzeska przyjechali tata Damian i jego 10-letni syn Daniel Szydłowscy, z Kęt –Sławek i 10-letni Krzyś Jędryskowie, z Andrychowa – Zbyszek i 11-letni Franciszek Paluchowie, z Oświęcimia – Jacek i 13-letni Tomek Kolasowie, a z Danii – Andrzej i 15-letni Adam Kałasowie. Markowi Wójcikowi ponownie towarzyszył 19-letni Wojtek – tegoroczny maturzysta, specjalista od survivalu i integrowania młodzieży. Cały dobytek: namioty, śpiwory, wyżywienie nieśli na własnych plecach. Damianowi Szydłowskiemu dał znać o wyprawie znajomy, który organizując spotkanie klasowe, szukał jednego z kolegów, którego nie widział 25 lat. Okazało się, że ten został franciszkaninem i obecnie jest w Rychwałdzie. Żeby było ciekawiej – kolega żyje daleko od Kościoła. – Ale kiedy wszedł na stronę franciszkanów z Rychwałdu, zobaczył informację o wyprawie i mówi mi: „Patrz, jaka superprzygoda!” – opowiada Damian. – Szybki telefon do Rychwałdu, czy są wolne miejsca, i mówię żonie: „Biorę urlop i zaczynam wakacje z synem!”. Znaleźliśmy się tu dzięki koledze, który w ogóle nie chodzi do kościoła… Krzyś Jędrysek zobaczył plakat o wyprawie w szkole. Dał znać tacie. Zdecydowali się natychmiast. – Syn miał 3,5 roku, kiedy sam wszedł na Pilsko. W zeszłym roku poszliśmy tam zimą. Też dał radę. W góry mamy blisko, więc od czasu do czasu chodzimy – żeby była przygoda, żeby być razem – mówi tata Sławek. Franek Paluch miał mieszane uczucia. Nie wiedział, czego się spodziewać po wyprawie, na którą wyciągnął go tata Zbyszek. – Zadecydowała ciekawość – mówi tata. – Byliśmy w Rychwałdzie z żoną na rekolekcjach małżeńskich. Dowiedzieliśmy się o tej inicjatywie i postanowiłem, że w ramach poprawy naszych relacji weźmiemy w niej udział. Nigdy jeszcze nie byliśmy razem w górach. Poza tym zawsze blisko była żona, co też nie pozostaje bez wpływu na czyste relacje ojcowsko-synowskie… – O wyprawie powiedziała mi żona, zaangażowana alphowiczka – zna Rychwałd dzięki kursom Alpha – mówi tata Jacek Kolasa. – Zaciekawiło mnie to, bo to okazja, żebyśmy pobyli razem, bo będzie na to czas, którego nie ma w domu – miał nadzieję tata. Tomek niedawno wrócił z obozu militarnego. Nie bardzo miał ochotę na wyjazd. Wolałby posiedzieć w domu, ale… tata chciał, więc pojechał. – O wyprawie przeczytaliśmy już rok temu na stronie franciszkanie.pl – mówi Andrzej Kałas. – Od 15 lat mieszkamy w Danii i brakuje nam takich pogłębionych kontaktów, takich rekolekcji. W tym roku zrobiliśmy sobie z żoną prywatną EDK. Niedawno zapytałem syna, czy pojechałby ze mną na taką wakacyjną wyprawę. Bardzo mnie ucieszyło, że chciał.

Razem

Wyprawę rozpoczęła Msza św. w Rychwałdzie. – Podoba mi się taki Kościół, który nie boi się wyzwań – witał uczestników o. Paweł Kijko OFM Conv. – Życie jest trudne. Im szybciej to sobie uświadomimy i to zaakceptujemy, tym będzie łatwiejsze. Będzie ciężko, ale idziemy z takim przekonaniem, że przyjmujemy wszystkie przeciwności, jakie przyjdą. Nawiązując do słów Ewangelii o tym, że chrześcijanin ma być solą i światłem, o. Paweł dodał: – Jezus nam stawia poprzeczkę wyżej: jesteśmy solą i światłem dla świata. W pocie, którego doświadczymy, też jest sól. Jeśli ktoś świadomie chce przeżywać swoją wiarę, musi przyjąć to, że jest wezwany, by być światłem i solą. One same dla siebie nie mają znaczenia. Sól sama siebie nie smakuje, światło, jeśli nie ma komu świecić, nie jest potrzebne. Wierzę w to, że kiedy zdecydowaliście się na to wyjście, jesteście gotowi być światłem i solą dla Kościoła. Ojciec Kijko zaznaczył także rolę duchowych i męskich autorytetów. One nie wykuwają się przed telewizorem, ale w zmaganiu, w trudzie. W kontekście wyprawy przypomniał hasło amerykańskich marines: „Nikt nie zostaje z tyłu”; „Nikt nie zostaje za linią wroga”. – Jeśli zostaje – wracamy po niego. To nie jest konkurencja: kto szybciej, kto bardziej, kto więcej. Jeśli ktoś nie daje rady nieść plecaka, ktoś inny pomaga. Jeśli nie ma jedzenia – ma je ktoś inny. Razem idziemy, razem się zmagamy – podkreślił.

Tata mi go naprawił

Trasa prowadziła z Korbielowa na Halę Miziową, Pilsko, Rysiankę, Halę Boraczą, Słowiankę do Żabnicy. Małomówni w Rychwałdzie synowie, na Boraczej prześcigają się w opowieściach: – Było wielkie zwycięstwo – weszliśmy na Pilsko! – opowiada Krzyś Jędrysek. – Jest bardzo fajnie, choć trochę nogi bolą. Ale tata ma trudniej – niesie ciężki plecak… Jeszcze coś! Nauczyłem się rozpalać ognisko krzesiwem! – Zbiórka jest koło dziewiątej, dziesiątej, aż wszyscy wstaną. Ja wstaję o szóstej – relacjonuje Daniel Szydłowski. – Omawiamy plan, gdzie pójdziemy, jemy kromki, potem wyruszamy. Miałem przygodę – zepsuł mi się but. Tata mi go naprawił razem z tatą Krzysia, który kupił specjalny klej. A wcześniej związaliśmy but tasiemką i sznurkiem. Widzieliśmy też małą żmiję na drodze! A ja chyba dostrzegłem ogon lisa! – W górach jest ciężko. W nocy zimno. Potem idziemy dwie, trzy godziny. Ale dajemy radę – opowiada Franek Paluch. – Ojciec Paweł mówił, że nikt nie zostaje w tyle. Czasem musieliśmy na kogoś trochę poczekać. Na przykład wtedy, gdy Danielowi zepsuł się but. Albo gdy jedna grupa się zgubiła, bo pomyliła szlaki. – Jesteśmy z Danii, więc kiedy idziemy, opowiadam, jak tam jest, bo inni są ciekawi – mówi 15-letni Adam Kałas. – Nauczyłem się tu większego zrozumienia dla innych. Podobał mi się wieczór, kiedy każdy opowiadał o swoim tacie i o tym, czego się od niego nauczył.

Hartowanie

Ojcowie z dumą patrzą na swoich synów i całą drużynę. – Ekipa jest taka, jakiej oczekiwaliśmy. Bardzo fajna – mówi Andrzej Kałas. – Jest dużo czasu na bycie razem, na rozmowy, ale i wymowne męskie milczenie. Utwierdzam się w tym, jak wspaniały jest mój syn, ile ma w sobie ciepła, spokoju, głębokich myśli, którymi kolejny raz potrafił mnie zaskoczyć. – To bardzo dobry czas odpoczynku, hartowania ciała i ducha. Nie zapomnę pierwszej nocy w namiocie. Syn dygotał z zimna, przytulił się do mnie. Niesamowite uczucie dla ojca… – opowiada Sławomir Jędrysek. – Dużo otwarcie rozmawiamy. Jestem niewierzący, ale robi na mnie wrażenie gorąca wiara innych… – Grupa się zjednoczyła – zwraca uwagę Jacek Kolasa. – Widzę też, jaki to ma wpływ na moje relacje z synem. W domu pewnie mijalibyśmy się na schodach. Tu jesteśmy ze sobą razem niemal cały czas, z dala od cywilizacji. – Pierwszego dnia o. Paweł zapytał, czy ktoś z nas podjąłby się przygotowania krzyża i ołtarzy na Msze św. w miejscach, w których będziemy nocować. Pomyślałem: spróbuję – mówi Damian Szydłowski. – Podchodziliśmy na Pilsko w kosodrzewinie. Chciałem z niej przygotować krzyż. Jest pod ochroną, więc szukałem suchego leżącego konara. Znalazłem. Potem zauważyłem korzeń, którzy przypominał postać Jezusa. Codziennie budzę się koło czwartej, więc to czas, kiedy mogę podziwiać wschód słońca i pracować nad krzyżem. Niedługo potem budzi się mój syn. Tu każdy dzień uświadamia mi na nowo, jak bardzo go kocham...

Taki Kościół kocham

Każdego dnia poza wędrówkę wieńczyły wspólne zajęcia. Był wieczór historii o ojcach, był test zaufania, kiedy ojcowie i synowie stawali na ławce i ryzykownie upadali w tył, ufając, że pozostali ich złapią; był wieczór „robinsonek” – smażenia na ognisku ciasta naleśnikowego. A wyprawę zakończyła bitwa paintballowa. Codziennie przeżywali Mszę św., dzień kończyły ognisko i wspólna modlitwa. – Pan Bóg się do tego przyznaje, błogosławi nam – zauważa o. Paweł. – Widzę to także w kontekście słowa Bożego na każdy dzień – jak bardzo jest dopasowane do tego, co przeżywamy. Życzyłbym każdemu ojcu, każdemu mężczyźnie, żeby mógł przeżyć taki czas. Nie brakuje też chwil, kiedy puszczają nam nerwy – i bardzo dobrze! Nie wstydzimy się wątpliwości, otwartych pytań. Widzę, jak budują się męskie relacje…

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL