Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Komandosi Królowej

– Kiedy zatrzymuję się przy autostopowiczu, rzucam: „Jedziemy razem, ale pod jednym warunkiem”. – opowiada Benon Wylegała.

Nie byłem nigdy w Ziemi Świętej, ale potrafię sobie wyobrazić te tereny – opowiada Ben. – Wchodzę do Kany Galilejskiej. Mnóstwo ludzi, trochę zamieszania, wszyscy w odświętnych szatach. Patrzę: wesele! Ktoś mnie wciąga do sali, traktuje jak swojego, sadza przy stole. Jest wino, są pachnące potrawy. Uśmiechamy się do siebie: Piotr, Jan i inni. Jest i Ona. Kiedy przechodziła, Jej szata lekko dotknęła mojego ramienia. Słyszę, jak mówi: „Zróbcie, cokolwiek wam powie. Cokolwiek On wam powie. Cokolwiek”. Słowa trafiają do serca. Stają się tak realne, jakby były tylko do mnie. Przesuwam paciorek różańca – no niemożliwe, już koniec dziesiątki? – To chodźmy do Ain-Karem. Albo gdziekolwiek na świecie. Ciąża. Szósty miesiąc. Urodziłam trójkę dzieci, więc wiem, jak to jest być w ciąży. Nie jest już łatwo. Wolniej się ruszam, szybciej męczę, gotowanie obiadu, pranie – wszystko zabiera coraz więcej czasu. I nagle przychodzi Ona – uśmiechnięta, energiczna, domyślna. Z Nią wszystko staje się prostsze w jednym momencie! Sytuację z Kany też bardzo lubię, ale ta z Ain-Karem jest mi bliższa – uśmiecha się Ela, żona Bena. – Kiedy zaczynasz rozważać życie Matki Bożej, nawet nie wiesz, kiedy kończysz kolejne dziesiątki Różańca!

Zawsze pod ręką

Benon Wylegała jest inicjatorem Filmowego Ruchu Ewangelizacyjnego. Ela – psychologiem. Mieszkają w Bielsku-Białej. Mają trójkę dzieci, Hanię, Pawła i Jędrka i dwoje wnuków: Janka i Antka. Dziś ich dzieci są już dorosłe, ale jeszcze parę lat temu obowiązków domowych naprawdę nie brakowało. – Jest sposób na to, żeby ogarnąć wszystko i zmieścić się w dobie – Różaniec. Jedna część na pewno, a kiedy znajdziesz czas na wszystkie cztery, wszystko działa jak w najlepszym zegarku. Ich ulubione różańce to dziesiątki, które noszą na nadgarstkach. Przywieźli je sobie z Medjugorje. Ale tak naprawdę w każdej kieszeni znajdzie się różaniec. Żeby był zawsze pod ręką. – Z projekcjami FRE i filmowymi rekolekcjami jeżdżę po całej Polsce – dodaje Ben. – W samochodzie też mam różańce – a to ktoś mi podaruje kolejny, a to ja komuś. Zawsze jeden leży na desce. To właśnie jest ten sposób na autostopowiczów. Czasy mamy takie, że i jedna strona – czyli ja, kierowca – i druga, czyli mój potencjalny towarzysz podróży, mamy obawy, czy to aby bezpieczne. Kiedy od razu mówię: „Jedziemy razem, ale pod jednym warunkiem: razem odmawiamy Różaniec”, a pasażer wsiada – obawy znikają.

Jak oddychanie

– W moim życiu Różaniec był obecny od zawsze. Rodzice studiowali na KUL-u w Lublinie – opowiada Ela. – W kościele Świętego Ducha mój ojciec obiecał Matce Bożej od Siedmiu Boleści, że jeśli mama wyjdzie za niego za mąż, do końca życia będzie odmawiał Różaniec. Tak było… Dyspensę dawał sobie tylko w święta, kiedy odmawiał jedną dziesiątkę. Mama towarzyszyła tacie. A dziesięć lat temu, kiedy przechodziłam bardzo ciężką operację i lekarze zalecali całej rodzinie, żeby się ze mną pożegnała, mama obiecała, że jeśli odzyskam zdrowie, na ile siły jej pozwolą, będzie codziennie odmawiała Różaniec na kolanach. To ojciec nauczył mnie Różańca z dopowiedzeniami: „któryś upadał pod krzyżem”, „któryś pocieszał niewiasty”, „któryś spotkał Marię Magdalenę”. Kiedy tak się modlisz, zagłębiasz się w historię zbawienia. Zawsze odkryjesz coś dla siebie, bo stajesz się świadomym uczestnikiem tych wydarzeń – podkreśla Ela. Ona sama zupełnie świadomie odmawia Różaniec od czasu studiów: – Jest dla mnie jak oddychanie. I to nie jest tania metafora z poradnika „Jak żyć”. Dzień bez Różańca jest dniem… do kitu! Rodzice Eli zmarli, ale Różaniec – czyli Dobra Nowina z Jezusem i Jego Matką w rolach głównych – łączy ich światy.

Cierpliwości…

– Dla mnie przez długi czas Różaniec był modlitwą straszliwie nudną. Jestem przykładem tego słynnego stereotypowego myślenia: to takie klepanie dla starszych pań. Ale przyszedł czas, kiedy stał się dla mnie ostoją. To było 12 lat temu, kiedy pojechałem do pracy do Anglii. Po pracy – samotność, cisza, pustka. Złapałem za różaniec, który wziąłem odruchowo do kieszeni, wyjeżdżając z Bielska. Łatwo szło mi odmawianie Koronki do Bożego Miłosierdzia – bo jest krótka. Różańca się uczyłem. Każda zdrowaśka przenosiła mnie do domu, do Eli, dzieci, teściów. Dawała poczucie bezpieczeństwa. Nie rozumiałem jeszcze do końca tej modlitwy, nie rozważałem tajemnic – po prostu odmawiałem zdrowaśkę za zdrowaśką. Ale wtedy faktycznie uczyłem się cierpliwości do odmawiania Różańca. Kiedy Ben zaczął organizować duże spotkania ewangelizacyjne w Bielsku-Białej (z ojcem Antonello Cadeddu, z ks. Johnem Bashoborą, o. Josephem Maniparampilem), jego różaniec był „mało używany”. Leżał gdzieś w kieszeni czy samochodzie. – Wszystko się zmieniło, kiedy powstał Filmowy Ruch Ewangelizacyjny i zacząłem jeździć po parafiach całej Polski – najpierw z filmem „Ja jestem”, o Eucharystii, potem z kolejnymi – wspomina. – Wkrótce dojrzał we mnie schemat, w jaki układały się projekcje, które przemieniały serca ludzi: Eucharystia, Boże miłosierdzie (w takiej lub odwrotnej kolejności) i… Matka Boża. Odkryłem, że jest najwspanialszą Matką, która ma tylko jeden cel – prowadzić ludzi do swojego Syna. Jest najprostszą drogą, ma stały dostęp do Króla! Jak nie skorzystać z takiej pomocy?! Kiedy pokazywałem filmy o objawieniach Matki Bożej, osobiście uderzało mnie za każdym razem to Jej wezwanie: „Odmawiajcie Różaniec”. Różaniec to kwintesencja Dobrej Nowiny. Kiedy oglądałem filmy o wielkich świętych, stało się dla mnie oczywiste – oni wszyscy mieli doskonałą relację z Matką Najświętszą! Nie szukałem dalej. Już wiedziałem, że Różaniec to modlitwa dla Jej komandosów, ludzi do zadań specjalnych. Chciałem do nich dołączyć.

Spacer z Matką

– Nie potrafię iść na spacer i nie odmawiać Różańca. Kiedy mamy do przedyskutowania ważne rodzinne sprawy, wychodzimy i zaczynamy od Różańca. Po nim wszystko wydaje się prostsze, bardziej oczywiste. Łatwiej znajdujemy rozwiązanie problemów – mówi Ela. – Nawet odległości podajemy sobie zdrowaśkami. Cztery – to odległość od naszego domu do ronda, kolejne – do przystanku. Kiedy tylko mam czas – modlę się, bo szkoda czasu na głupoty, na zamartwianie się. Oddaję to Matce Bożej. Wiem, że Ona sprawę od razu załatwi z Bogiem Ojcem. Jestem spokojna. Ela dodaje: – Każde z nas ma kilka stałych intencji. Ja mam ich sześć: za dziecko zagrożone aborcją, za ojczyznę, za bielski szpital wojewódzki (bo kiedyś o to poprosiła mnie jedna pielęgniarka), za prześladowanych chrześcijan, za tych, którzy mnie kiedykolwiek prosili o modlitwę, i szósta: za dusze księży i sióstr zakonnych: „dwie drogocenne perły Kościoła” – jak zapisała siostra Faustyna. – Razem jesteśmy też w różańcowej róży rodziców za dzieci, modlimy się także w intencjach osób, które z kolei modlą się za nas i o pokój na świecie – dodaje Ben. W codziennej krzątaninie Ela odmawia – jak sama mówi – półtorej części Różańca, Ben – co najmniej dwie. – We wszystkie święta maryjne, które odnaleźliśmy w kalendarzu, uczestniczymy we Mszy św. i odmawiamy wszystkie cztery części. – Często się nam zdarza, że Beniu przyjeżdża po mnie do pracy. Kiedy jedzie, ja już wychodzę na drogę i zaczynam moją dziesiątkę. W samochodzie zawsze pada pierwsze pytanie: którą masz dziesiątkę i której części. Jak słyszę, że jest już „dalej”, to zaczynam mu robić wyrzuty, że nie zaczekał na mnie. A Beniu zawsze ustępuje i odmawia „moją”, bo głupio przecież się kłócić przy Różańcu! – wyznaje Ela.

Modlitwa twardzieli

– Zafascynowało mnie kiedyś to, co usłyszałem o naszym pięściarzu Tomku Adamku. Podobno przed ważnymi walkami, kiedy wycisza się w specjalnym pomieszczeniu, zawsze prosi, żeby przyszedł do niego ksiądz. Tomek ma już ręce zawinięte w te wszystkie opaski, więc prosi księdza, żeby to on wziął różaniec do ręki i odmawiał z nim modlitwę. Teraz już jestem pewien – to nie jest modlitwa dla mięczaków, ale dla cierpliwych, wytrwałych twardzieli. I te wszystkie panie, które cierpliwie odmawiają codziennie w kościołach Różaniec, to są dla mnie największe twardzielki tej planety! I myślę, że to jest szczególna modlitwa dla nas, mężczyzn. Maryja chce mieć takich komandosów do zadań specjalnych przy sobie. Słuchałem też jednego misjonarza z Rwandy, który napadnięty przez bojówki i zapytany, czy ma broń, odpowiedział: „Tak, mam karabin z najlepszymi pociskami” i pokazał im różaniec. Odeszli przestraszeni. – Co zauważyliśmy – im intensywniej Różaniec jest obecny w naszym życiu, tym więcej mamy czasu dla siebie. To Matka Boża tak nam tym czasem gospodaruje. Daje siłę, moc, porządkuje wszystko. Kiedyś podobno zapytano ojca Pio, jak to robi, że codziennie odmawia pięćdziesiąt Różańców. Miał odpowiedzieć: „Co ty robisz, że tych pięćdziesięciu nie odmawiasz…” – mówi Ben.

Róże na adoracji

– Daleka jestem od jakichś doznań mistycznych. Nie przeżywam w swojej wierze stanów niezwykłych. Ale przydarzyło mi się coś, co nie pozwala mi inaczej myśleć – Matka Boża dała mi znać, że jest naprawdę blisko – opowiada Ela. – Byliśmy razem na adoracji Najświętszego Sakramentu u nas w kościele – po spowiedzi, po Eucharystii. Była pierwsza sobota. Wpatruję się w Pana Jezusa, siedzę u Jego stóp i nagle czuję bardzo intensywny zapach róż. Trochę mnie to zdekoncentrowało, szukam źródła tego zapachu, patrzę, w którym gniazdku proboszcz zamontował jakiś odświeżacz powietrza. Ale nic nie widzę. Pytam Benia, czy coś czuje. On niepewnie: „No może trochę…”. A zapach jest bardzo intensywny! Za mną klęczał nasz przyjaciel. On też mówi, że nic nie czuje. Dopiero później ktoś mi powiedział, że czasem Matka Boża tak daje znać o sobie…

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama