Nowy numer 43/2020 Archiwum

Bez mojego kiwnięcia palcem

– Nie potrafiłem skończyć modlitwy „Ojcze nasz”. Słowa: „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” nie przechodziły mi przez gardło. W sercu miałem tylko jedno: żeby moja sprawiedliwość wypełniła się na tym człowieku... – mówi Marek Barański, który o potędze Bożej miłości i miłosierdzia opowiadał na cieszyńskim rynku.

Kiedy naprawdę doświadczysz, jak miłosierny jest Bóg, kiedy się przekonasz, jakim naprawdę jest Ojcem, nie dasz rady tego schować w szufladzie przed całym światem, aby w samotności cieszyć się Jego miłością. Mówisz o tym wszędzie – nawet na rynku mało znanego ci miasta. Przekonali się o tym uczestnicy 4. Chrześcijańskiego Marszu dla Życia i Rodziny w Cieszynie, którzy – właśnie na rynku – słuchali świadectwa Marka Barańskiego.
Nie jestem kochany
– Błogosławię Boga, że pozwolił mi się urodzić w rodzinie katolickiej – opowiada Marek. – Jestem piątym i ostatnim dzieckiem moich rodziców, przy czym urodzonym 13 lat po mojej starszej siostrze. I pewnie dlatego, że byłem dzieckiem wyczekiwanym, wymarzonym, byłem wychowywany bezstresowo. Wszystko miałem podstawione pod nos. Problemy zaczęły się, kiedy rodzice zaczęli ode mnie wymagać: dobrych ocen w szkole, ambicji, żeby być kimś w życiu. A moja pycha i egoizm mówiły mi jedno: nie jestem kochany.
Akceptacji zaczął szukać na swój sposób – w pornografii i onanizmie – a ucieczki od wyrzutów sumienia – w alkoholu. – Bardzo dobrze się alienowałem – kontynuuje. – Przestałem być człowiekiem szczerym, zacząłem uciekać od ludzi. Odszedłem też od Kościoła. Nie uczestniczyłem w sakramentach. Nie widziałem sensu życia. Miałem myśli samobójcze, ale byłem na tyle tchórzem, że tego nie zrobiłem. I wtedy przypomniało mi się jak się modliłem, kiedy byłem dzieckiem. Zacząłem mówić: „Ojcze nasz... Ojcze pomóż mi”. I nie zawiodłem się. Pan Bóg pozwolił mi znowu przejść przez bramy Kościoła. Na którejś Eucharystii usłyszałem świadectwo mężczyzny, który mówił o swoich problemach. Nie znaliśmy się. On był z Krakowa. Natomiast wydawało mi się, że opowiada o mnie. Bo miał takie same problemy jak ja... Opowiadał, jak Pan Bóg go wyzwolił i zapraszał na katechezy neokatechumenalne. Poszedłem tam i wtedy usłyszałem, że Bóg mnie kocha takiego, jakim jestem! Miałem zawsze obraz Boga, który jest sędzią, który karze za zło, a wynagradza za dobro, więc mnie na pewno nie może kochać.
Pierwszy cud!
Po katechezach Marek zdecydował się dołączyć do neokatechumenatu. – Nie wymagano ode mnie niczego – tylko słuchania słowa Bożego. I obiecywano, że Bóg zmieni moje życie. Kiedy to słowo zamieniałem w życie, Pan Bóg zabierał moje zniewolenia.
Mieliśmy z Małgosią trzy miesiące do daty sakramentu małżeństwa. Te trzy miesiące wytrwaliśmy w czystości, co z moją historią życia wydawało się niemożliwe. Dla mnie to był pierwszy cud – Bóg objawił mi swoją moc!
Barańscy doczekali się czterech synów – rok po roku. – Ludzie się z nas naśmiewali. Kpili, że nie wiemy, gdzie kupić antykoncepcję. Ale byliśmy wierni temu, co słyszeliśmy we wspólnocie: to Bóg jest dawcą życia i dając nam dzieci, dając nam nowe życie – błogosławi nam.
Marek podkreśla, że doświadczenie zbawienia – tego, że Jezus umarł za wszystkie jego grzechy, pokonał je, zmartwychwstał i żyje – stawało się czym namacalnym.
Bóg nie wysyła SMS-ów
Przyszedł jednak i czas próby. – Szukaliśmy mieszkania. Mieszkaliśmy kątem u teściów i myśleliśmy, że świetna okazja się nam trafiła. Właściciel jednak chciał wysoką opłatę z góry. Bardzo nam zależało na tym mieszkaniu. Pożyczyłem pieniądze, dałem temu człowiekowi, a on nas oszukał... Kiedy chcieliśmy odebrać klucze, człowiek się nie pojawił... Pomyślałem, że Bóg zemścił się na mnie. Tyle różańców, tyle modlitw i ta wspólnota... A teraz taka historia. Powiedziałem o wszystkim we wspólnocie i usłyszałem, że jestem człowiekiem pysznym i że Bóg mi to pokazuje. Bo Pan Bóg rozmawia z człowiekiem przez fakty, nie wysyła SMS-ów. Usłyszałem: „Módl się za tego człowieka”. Kiedy ochłonąłem, doszedłem do wniosku, że tak właśnie ma być – to jest najprostsza rzecz, jaką mogę teraz zrobić. Kiedy razem z żoną mówiliśmy „Ojcze nasz...”, nie potrafiłem skończyć modlitwy. Słowa: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” nie przechodziły mi przez gardło. W sercu miałem tylko jedno: żeby moja sprawiedliwość wypełniła się na tym człowieku... Jak go dopadnę, to go wywiozą. Moje serce było harde, zatwardziałe, niezdolne do miłości, ale zdolne do zabicia słowem. Wtedy zacząłem wołać do Boga. Miałem w pamięci, że On ulitował się nade mną i skruszył moje serce. Znowu zaczęła się walka i odkrywanie Boga na nowo – w Jego słowie.
To był też czas, kiedy odkryłem moja pychę wobec mojego ojca. Poprosiłem go o przebaczenie za to, że go nie kochałem, że byłem wobec niego nieposłuszny. Przebaczyłem mu, że nie nauczył mnie miłości. O przebaczenie prosiłem też moją żonę za moje pijaństwo, za to, że wiele razy ją zdradzałem, patrząc pożądliwie na inne kobiety, na pornografię. Przeprosiłem moje dzieci, które nieraz traktowałem jak kule u nogi. Odkryłem, że byłem niepojednany z moją historią.
Dzieci Boga
Minęły dwa lata. Jednego dnia, o zmierzchu Marek stał na jednym z bielskich skrzyżowań. Nikogo wokół nie było. Tylko jeden mężczyzna – człowiek, który ukradł jego pieniądze na wynajem mieszkania.
– Rozpoznał mnie i zaczął uciekać. A ja wołałem za nim, że mu przebaczyłem w imię Jezusa Chrystusa, że nie chcę od niego żadnych pieniędzy, że może chodzić sobie po tym świecie spokojnie. Po trzech dniach odnalazł nas, kiedy wracaliśmy ze wspólnotowej liturgii. Zajechał mi drogę, wręczył kopertę i mówi: „Przelicz”. W kopercie było dokładnie tyle, ile mu wtedy wręczyłem. Powiedział, że jest mi jeszcze winien odsetki za dwa lata. Po tygodniu przyszedł. Długo rozmawialiśmy o historiach naszego życia. Był w szajce złodziejskiej... Po tej rozmowie zostaliśmy przyjaciółmi. Bo do nas obu dotarło, że jesteśmy dziećmi Bożymi. I każdego z nas Bóg kocha najbardziej i... kruszy nasze serca.
Za starzy na dzieci
Jak podkreśla Marek: – Zobaczyłem, że życie nie płynie z pieniądza i że Pan Bóg czuwa także nad tym... Zapragnęliśmy mieć kolejne dzieci. Bardzo modliliśmy się o córkę. Ale po półtora roku starań Pan Bóg nam dziecka nie dawał. Myślałem, że to już koniec. Aż będąc na wakacjach w Gdańsku, pojechaliśmy do sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej w Matemblewie. Prosiliśmy Maryję, Matkę Jezusa Chrystusa o to, aby nas obdarzyła kolejnym dzieckiem. Wróciliśmy z wakacji... Niedługo potem żona zrobiła test ciążowy. Czekaliśmy na dziecko! Urodziła się Weronika, a po niej jeszcze Zuzia, Samuel i Natanael.
Kiedy Małgosia była w ciąży z Samuelem, lekarka ginekolog zdecydowanie radziła „usunąć ciążę”. – Mówiła, że jesteśmy za starzy na rodzenie dzieci i że maluch może urodzić się z chorobami. My powiedzieliśmy jedno: jesteśmy małżeństwem katolickim i że jeśli to dziecko ma umrzeć, to umrze po swoich narodzinach. Urodził się nam zdrowy Samuel. Kiedy byliśmy w ciąży z Natanaelem, wróciliśmy do tej pani doktor, żeby jej pokazać, że to Pan Bóg jest dawcą życia. Wypytywała nas o wiele spraw, także o wspólnotę, o naszą wiarę, o nasz Kościół. Niemal w tym samym czasie, na jednej z Eucharystii Małgosia została uzdrowiona z bólów głowy, na które cierpiała codziennie od lat...
Jezus przyszedł
Marek podkreśla, że w takiej rodzinie, której Pan Bóg tak błogosławi, nauczył się codziennej modlitwy psalmami, uzdolnił do ewangelizacji – dziś głosi katechezy, które przed laty przyciągnęły go na nowo do wspólnoty Kościoła. – Posłał mnie, żebym chodził z Dobra Nowiną po mieszkaniach. Tak się zdarzyło, że w czasie ewangelizacji trafiłem w rejon, gdzie 95 procent mieszkańców miało tak dobrze znany mi problem alkoholowy. Widziałem ludzkie nieszczęścia, rozbite małżeństwa, separacje. I zobaczyłem z czego mnie Pan Bóg wybawił przed laty... Bo to On dał mi wspólnotę. To bracia zjawili się u mnie w domu, kiedy przeżywałem wielki kryzys związany z alkoholem. Mieliśmy się spotkać na liturgii Słowa. Po spotkaniu, zamiast pójść do swoich rodzin, przyszli do mnie do domu, kiedy nie potrafiłem się oprzeć kolejnej puszce piwa. Wcześniej nieraz ich osądzałem, źle o nich mówiłem. A tego dnia zobaczyłem, że to sam Jezus przyszedł do mnie. Pan Bóg dał mi łzy skruchy. Po ich modlitwie Jezus zabrał w momencie wszystkie moje problemy. W jednej chwili. Bez mojego kiwnięcia palcem. A wszystko „przez głupotę” słuchania słowa Bożego. Bo spodobało się Bogu zbawić świat przez głupstwo przepowiadania Dobrej Nowiny.
Zawsze będę Mu wdzięczny za rodziców, za chrzest, który otrzymałem jako dziecko i dzięki któremu mogłem wrócić do Kościoła, bo wiedziałem gdzie wrócić...

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama