GN 43/2020 Archiwum

Wzywa do męstwa

O beatyfikacji w Peru i zadaniach, na jakie wskazuje nam heroiczny misjonarz z Łękawicy, bł. Michał Tomaszek, mówi bp Roman Pindel.

Alina Świeży-Sobel: Bł. Michał Tomaszek już na zawsze połączył dwie odległe od siebie części świata: Żywiecczyznę, Łękawicę oraz Peru...

Bp Roman Pindel: Warto podkreślić, że i dla Peru, i dla Żywiecczyzny okazał się też pierwszym męczennikiem w dziejach miejscowego Kościoła. Jego męczeńska śmierć i teraz beatyfikacja wpisują się w czas prześladowań Kościoła, do których dochodzi w wielu krajach. Często są one związane z islamem, a w tym przypadku podłożem była ideologia marksistowsko-maoistowska. Niezależnie od kontekstu śmierć męczennika jest wezwaniem do mężnego wyznawania wiary, niekonieczne kończącego się śmiercią, ale takiego, które coś człowieka kosztuje.

Jakim człowiekiem był bł. Michał?

Dla mnie o. Michał Tomaszek jest wzorem misjonarza, który idzie służyć tam, gdzie brakuje kapłana. On bardzo wcześnie określał swoje powołanie jako misyjne, zdecydowany był opuścić dom i kraj rodzinny. Już wstępując do zakonu, prosił o umożliwienie wyjazdu na misje, a kiedy taką zgodę otrzymał, wyjechał niezwłocznie, choć misja w Pariacoto była wyjątkowo trudna, teren był zaniedbany i niebezpieczny z powodów politycznych. Kiedy ówczesny biskup diecezji Chimbote zapytał przywódcę marksistowskiej partyzantki Świetlisty Szlak, przebywającego w więzieniu, dlaczego zginęli polscy misjonarze, usłyszał, że zabito ich z nienawiści do wiary, która osłabiała w ludziach dążenie do rewolucji. Ojciec Michał nie baczył ani na zagrożenie ze strony komunistów, ani na ciężkie warunki życia.

Czym zasłużył na uznanie?

To jest misjonarz heroiczny, który nie boi się niebezpieczeństwa, nie boi się trudów i chętnie idzie do ciężkiej pracy. Misja dopiero powstawała, nie było wody, gotowych mieszkań, a i ludzie początkowo niezbyt chętnie przyjmowali misjonarzy, wykazywali słabą religijność. Pod opieką misjonarzy pozostawało oprócz Pariacoto jeszcze ponad 70 miejscowości, do których trzeba było wędrować pieszo albo na osiołku. Są one położone w górach, na pierwszy rzut oka zupełnie pozbawionych zieleni. Wędrówka w ogromnej spiekocie to kolejne wyzwanie, które wytrwale podejmował...

Jaki wpływ na mieszkańców Peru miała postawa polskich męczenników?

W Pariacoto spotkałem o. Marka Wilka, który przyjechał do Peru 10 miesięcy po ich śmierci. Opowiadał, że sytuacja była dramatyczna, bo ludzie żyli w wielkim strachu, a jednocześnie czuli żal, że nikt nie zapobiegł śmierci misjonarzy z Polski. Po tym jak zginęli oni, a także włoski ks. Alessandro Dordi, aktywność Świetlistego Szlaku zaczęła jednak stopniowo słabnąć. Rozmawiałem z bp. Luisem Bambareną, ówczesnym ordynariuszem w Chimbote, który od razu nie miał wątpliwości, że śmierć ojców to męczeństwo za wiarę. Początkowo był w tej ocenie jednak odosobniony. Dopiero z czasem oczywiste stało się, że tę śmierć spowodowała ideologia przeciwna Bogu i ludziom, przeciwna chrześcijaństwu.

Bł. Michał jest wzorem dla nas. A dla innych misjonarzy?

Myślę, że jest bardzo ważny. W Pariacoto byłem zaskoczony liczbą polskich misjonarzy, zakonnych i świeckich, którzy przyjechali na beatyfikację. Byli i tacy trzej, którzy dotarli, naprawdę mocno ryzykując: jechali tydzień na motocyklach z Boliwii przez wysokie góry i dżunglę. To obrazuje, jak bardzo przeżywali to wydarzenie i jak pragnęli wziąć w nim udział.

Zyskaliśmy w bł. Michale Tomaszku bliskiego nam orędownika, ale też nowy impuls do zainteresowania sprawami misji...

Jego zdecydowanie, wytrwała praca i męczeństwo zwracają naszą uwagę na to, że wciąż są tereny prawdziwie misyjne, wymagające nadzwyczajnego zaangażowania i duchownych, i świeckich, aby Dobra Nowina rzeczywiście dotarła do ludzi, nawet jeśli są zastraszeni czy nieufni. Każdy może w swoim sercu spróbować odpowiedzieć na pytanie: co mogę zrobić w tej sytuacji. Można się modlić o nowe powołania misyjne, można też zastanowić się, jak wspomagać jadących na misje. Mamy na przykład w Bielsku lekarzy, którzy wyjeżdżają do Afryki i w krótkim czasie wykonują kilkadziesiąt trudnych operacji. To też ważna pomoc. Z moich obserwacji wynika, że bardzo skuteczne jest partnerstwo między parafiami, i do takiego partnerstwa zachęcam. Misyjna parafia może mieć kilka partnerskich wspólnot, które bezpośrednio będą pomagać w konkretnych działaniach.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama