Nowy numer 48/2020 Archiwum

Bezrobotni

Ostatnie dni lekcji religii w szkołach? Taką tezę postawił śmiało „Dziennik Zachodni”, argumentując, że uczniowie masowo rezygnując z katechezy, zapisują się na lekcje etyki. Liczba szkół, które je organizują, tylko w woj. śląskim potroiła się w ostatnim pięcioleciu.

Zaniepokojony udałem się w tej sprawie do pracowników Wydziału Katechetycznego.
- Przeczytałem właśnie, że to ostatnie dni katechezy w szkołach. Dzieci przechodzą na etykę - rzuciłem w drzwiach. - Będziecie bezrobotni.
- Nie będziemy - unieśli się honorem pracownicy wydziału. I zaczęli wyliczać: mamy w diecezji 262 szkoły podstawowe, 169 gimnazjów i 127 szkół ponadgimnazjalnych. To w sumie 538 szkół.

Dane sprzed kilku miesięcy mówią, że tylko w 41 (w 17 podstawówkach, 14 gimnazjach i 10 szkołach ponadgimnazjalnych) są lekcje etyki.

- Przepisy się zmieniły. Wystarczy, że jeden uczeń chce uczęszczać na etykę, a szkoła musi zorganizować mu lekcje. To są pojedyncze przypadki - usłyszałem zdecydowaną odpowiedź.

Zajrzałem raz jeszcze do tekstu „Dziennika”. Wszystkie te niuanse prawne są jasno wyłuszczone. Podano oczywiście kilka osobowych przykładów konwersji na etykę. Argumentacja klasyczna. Bo katechetka postawiła tróję na świadectwie, bo trzeba było się uczyć (O, Matko Boska, to po co się chodzi do szkoły?), a na etyce można swobodnie dyskutować (to lekcji etyki nie ogarniają jakieś ministerialne programy? Religia takim podlega).

„Dziennik” przytacza jeszcze wypowiedzi ekspertów, którzy bredzą coś o tym, że np. etyka nauczy funkcjonowania w wieloreligijnyjnym i multikulturowym społeczeństwie.

Ale już po pachy ubawiła mnie wypowiedź dyrektora Wydziału Katechetycznego w Katowicach, którego - według gazety - wzrost liczby szkół z etyką „cieszy”, bo etyka nie jest konkurencją dla religii, ale jej częścią, gdyż „nie sposób żyć nieetycznie”.

Mam nadzieję, że wypowiedź jest zmanipulowana i wyrwana z kontekstu, bo zgodnie z taką logiką można powiedzieć, że kulawi powinni się cieszyć, bo choć jedną nogę mają krótszą, to za to druga jest na szczęście dłuższa.

W przyszłym tygodniu wybieram się do fryzjera. - To już koniec zakładów fryzjerskich! - oznajmię mu w drzwiach.

A potem opowiem, jak to byłem na zlocie harleyowców i widziałem samych brodatych i kudłatych. I powiedzieli mi, że z roku na rok jest ich więcej.

Przytoczę parę eksperckich argumentów: kudłatość jest bardziej eko, fryzjer szarpie, a nawet zacina, na fotelu przed lustrem trzeba te kilkanaście minut wysiedzieć niemal nieruchomo, moda jest „na brodę drwala”, łatwiej się odnaleźć owłosionemu w wielopłciowym i zgenderyzowanym społeczeństwie.

I jeszcze zacytuję innego fryzjera, że kudłatość mu nie przeszkadza, ale cieszy, bo przecież każdy kudłaty kiedyś był bezwłosy: w pierwszych tygodniach po urodzeniu.

Już widzę, jak się pod balwierzem nogi uginają!

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama