Nowy numer 38/2021 Archiwum

Jesteśmy szczęściarzami!

O peregrynacji obrazu Pana Jezusa Miłosiernego i jej owocach, a także o Ojcu, który nigdy z nas nie rezygnuje, mówi biskup Roman Pindel.

Alina Świeży-Sobel: Już na początku swej posługi w diecezji bielsko-żywieckiej zawierzył Ksiądz Biskup to pasterzowanie Bożemu Miłosierdziu. Dlaczego właśnie taka była decyzja?

Bp Roman Pindel: Tak się składa, że tekstem, do którego wciąż powracam, jest przypowieść o synu marnotrawnym. Nieraz myślę, że ona powinna nosić tytuł „O potrzebie radości z powrotu syna”, bo ostatecznie Jezus ją opowiedział, by przekonać chrześcijan wszystkich pokoleń do trudnej radości z tego, że ktoś, kto zbłądził, zgrzeszył, poplątał sobie życie, jednak w pewnym momencie nawraca się i odkrywa, jak Bóg mu wspaniałomyślnie przebacza. Niestety, nie umiemy się z tego cieszyć, że Bóg tak łatwo przebacza komuś innemu. Kłopot z tym mieli faryzeusze, ale i pierwsi uczniowie, i my dzisiaj...

Co jest takiego w tej przypowieści, że Ksiądz Biskup do niej powraca? Tylko to, że trzeba się cieszyć, że ktoś się odnalazł w życiu?

Nie tylko. Jestem przekonany, że ta przypowieść dobrze opisuje życie każdego z nas i potrzeby, jakie mamy odkryć, by żyć po chrześcijańsku. Wpierw więc trzeba odkryć dzięki tej przypowieści, że taki Ojciec istnieje.

Trzeba też odkryć, że jest właśnie taki: wspaniałomyślny, przebaczający, czekający na nasz powrót, wybiegający nam naprzeciw przez różne wydarzenia, które nas pociągają do nawrócenia, skruchy i powrotu do życia. Druga ważna sprawa to odkrycie, że naprawdę jestem szczęśliwym dzieckiem Bożym. W tej przypowieści trzeba umieć rozpoznać siebie. Tyle tylko, że wcześniej byłem jak młodszy syn, który domaga się od Ojca wszystkiego, co mu się spodoba, a potem używa tego, nie pytając, czy to będzie mu służyć, czy mu zaszkodzi. Najważniejsze odkrycie jest takie, że Ojciec nigdy ze mnie nie zrezygnuje, a wciąż w jego oczach będę umiłowanym dzieckiem. Wreszcie, w miarę upływu lat i poznawania swoich błędów, łatwiej jest uznać, że jestem wciąż jak starszy syn, który nie rozumie wspaniałomyślności Ojca.

Peregrynacja zbiega się z ogłoszonym przez papieża Franciszka Rokiem Miłosierdzia w Kościele. Czy można upatrywać w tym perspektywę obfitszych owoców peregrynacji w naszej diecezji?

Jesteśmy szczęściarzami. Bo 20 września obraz Pana Jezusa Miłosiernego rusza w wędrówkę po naszej diecezji, a 8 grudnia rozpoczyna się Jubileuszowy Rok Miłosierdzia. Z jednej strony jest to potwierdzenie naszego rozeznania i planów duszpasterskich, z drugiej strony – tak jak pani mówi – powinniśmy z większą nadzieją oczekiwać wielkich owoców łaskawego przejścia Jezusa Miłosiernego przez nasze parafie i wspólnoty. Myślę, że papieska bulla „Misericordiae Vultus” dostarczy kaznodziejom, ale też wiernym, dobrych impulsów do właściwego przeżywania i naszej pere- grynacji, i Roku Miłosierdzia. Mam nadzieję, że nieraz usły- szymy w naszych kościołach nie tylko autentyczne słowo Boże, ale i słowa zachęty papieża Franciszka, któremu tak zależy, by wpierw samemu świadczyć wobec świata, że Bóg pragnie także naszymi słowami i gesta- mi okazywać miłosierne oblicze Ojca.

Przygotowania do Światowych Dni Młodzieży odbywają się również pod hasłem: „Błogosławieni miłosierni...”. Jakie znaczenie dla młodych ludzi powinno mieć to wskazanie na Boże miłosierdzie?

Myślę, że młodzi potrzebują i poznania miłosiernego Ojca, i odkrycia radości z okazywania miłosierdzia innym. Trudne doświadczenia wyniesione z domu, niepowodzenia życiowe czy brak perspektyw można znieść i można żyć z nadzieją, gdy się doświadczy i uwierzy w Tego, który pochyla się nad naszą słabością, grzechem, rozpaczą, i podnosi nas, i daje nowe perspektywy. Z drugiej strony widzę, ile dobra jest w młodych ludziach, choć ono niekiedy jest tak bardzo skryte, tak głęboko schowane. Tymczasem, gdy się ich poprosi, zachęci, pokaże, że można przyjść z pomocą komuś w potrzebie, uruchamia się wielkie bogactwo dobra. Wtedy tylko trzeba to nazwać, powiedzieć im: To, co robicie, jest okazywaniem miłosierdzia człowiekowi, który tego właśnie potrzebuje...

Czy Ksiądz Biskup widzi szansę na to, że spotkanie z Jezusem Miłosiernym przyniesie nie tylko ożywienie wiary, ale i rozwój dzieł miłosierdzia w naszych parafiach?

To istota problemu. Owoce tej peregrynacji nie przyjdą jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Owszem, Bóg może wzbudzić łaskę na ugorze, może doprowadzić do przemiany człowieka, który bez żadnych przygotowań wejdzie do kościoła i spojrzy na obraz. Jednak jest to sprawdzone, że łaskę można niejako „sprowokować”. Mówiąc najprościej, gdy się przygotowuje parafia przez dobre rekolekcje, to parafianie będą bardziej chętnie i świadomie uczestniczyć w tym dobowym nawiedzeniu obrazu Jezusa Miłosiernego. Wtedy więcej ludzi przeżyje głębiej sakrament pokuty, iluś ludzi się pojedna ze sobą. Wtedy też może pojawić się oddolna inicjatywa niesienia pomocy potrzebującym. Jestem zwolennikiem myślenia św. Ignacego Loyoli, że należy wszystko robić tak, jakby to od nas zależało, ale też należy tak ufać Bogu, jakby tylko On miał działać. Jeśli naprawdę zaufamy, wśród owoców takiego szczerego otwarcia na Boże miłosierdzie zapewne nie zabraknie impulsów, by samemu dać świadectwo.

Jak wierni powinni przygotowywać się na to spotkanie z Bożym Miłosierdziem, by je najlepiej przeżyć?

Może odpowiem, jak ja się przygotowuję. Mam zamiar czytać teksty biblijne, które ukazują Boga bogatego w miłosierdzie, objawiającego się w różnych sytuacjach człowieka. Będę medytował nad nimi i sięgał po nie, gdy nawiedzę te parafie, w których będę witał z wiernymi obraz. Pewnie będę słuchał płyty CD z tekstem „Dzienniczka”, który dołączył „Gość Niedzielny”. Bullę już przeczytałem. Wierni będą mieć zapewne możliwość uczestniczyć w rekolekcjach, ale też nie braknie takich, którzy sami sięgną po jakąś książkę. A jest ich sporo. Warto sięgnąć po taką, która przybliży postać św. Faustyny i jej przykład zaufania Bożemu Miłosierdziu, czy przypomnieć sobie nauczanie św. Jana Pawła II. Na pewno każda taka lektura pomoże lepiej poznać Jezusa Miłosiernego.

Co w parafii może zostać trwałym śladem peregrynacji?

Autentyczny owoc peregrynacji w jakiejś parafii nie może być „zadekretowany” czy „zaproponowany” teraz. Zachęcałbym duszpasterzy i wiernych, by wsłuchiwali się w słowo Boże i patrzyli na znaki czasu, dla nich dawane tam, gdzie mieszkają. Pozostaje tylko odwaga, by podjąć to, co się narodzi z Bożej łaski i z natchnienia. Może to będzie przedszkole przy parafii? Może powstanie grupa charytatywna? Może w szkole pojawi się wolontariat? Może choć jedna osoba powróci do rodziny, którą opuściła? Dobrze byłoby, gdyby choć jeden człowiek porzucił uzależnienie. Ale może to być też praktyka modlitwy o godzinie 15 czy odmawianie Koronki do Bożego Miłosierdzia przed Mszą świętą. I tej odwagi odpowiadania na Boży głos życzę każdemu...•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama