Nowy numer 43/2020 Archiwum

120 km po górach

To przygoda, na którą czekają cały rok! Po raz piąty dwadzieścioro bielszczan wędrowało od Królowej Beskidów w Szczyrku do Królowej Podhala w Ludźmierzu – górami!

Pokonali 120 km niełatwych podejść, trudy wczesnych pobudek i zmagań z pogodą. Po południu 2 sierpnia założyli plecaki i wyruszyli z Bielska-Białej na Szyndzielnię. Dalej poszli przez Klimczok do sanktuarium Matki Bożej Królowej Beskidów „na Górce”. Stąd rozpoczęli przeprawę, która poprowadziła ich przez Skrzyczne, Glinne, Rysiankę, Halę Miziową, Markowe Szczawiny pod Babią Górę i Podwilk – aż do Królowej Podhala w Ludźmierzu. U Podhalańskiej Gaździny byli w piątek 7 sierpnia. – Celem, jaki nam towarzyszy co roku, jest wyciszenie, obcowanie z Bogiem poprzez piękno przyrody i poznanie siebie poprzez Bożą miłość i prawdę – podkreśla ks. Maciej Kornecki – ratownik GOPR, wikariusz w parafii św. Stanisława BM w Starym Bielsku, pomysłodawca przedsięwzięcia.

– Jestem naprawdę zbudowany ich postawą na trasie. Kiedy słyszałem, jak jedna z dziewczyn, wspinając się stromym podejściem, mówiła: „Mam nadzieję, że mój brat czuje, że to w jego intencji”, albo kiedy inna – też na niełatwym podejściu – powiedziała: „Dziś idę w intencji mojej rodziny”, to wiedziałem, że traktują tę wyprawę jako coś więcej niż tylko turystyczny wypad – relacjonuje ks. Maciek. Kamil Byrski, który jest jednym z kilku uczestników wszystkich pięciu edycji wyprawy, dodaje, że nastroje w ekipie były niezmiennie rewelacyjne. – W drodze z Miziowej na Markowe Szczawiny mieliśmy dość znaczne opóźnienie na trasie, bo złapała nas silna burza. Udało się nam ją przeczekać pod wiatą i bez przeszkód dotarliśmy do celu. Codziennie pamiętaliśmy też o GOPR-owcach, którzy bardzo nam pomagają logistycznie, i o wszystkich parafianach ze Starego Bielska. To oni wspomogli nas swoimi ofiarami, dzięki którym wyprawa doszła do skutku, Wymienialiśmy ich wszystkich w czasie modlitwy rano. Kiedy cel był już blisko, bardzo się cieszyliśmy, a z drugiej strony był żal, że to już koniec. Od początku w wyprawach bierze też udział Julia Sowińska. – Pewnie, że nie jest łatwo, ale cel mobilizuje – mówi Julia. – Kiedy jesteś u celu, u Matki Bożej, i łzy same płyną, a w sercu jest tak ogromna radość, że się udało dotrzeć… Nie trzeba nic więcej. Wszyscy sobie gratulują, ściskają się, śmieją. Najpiękniejszy dla mnie jest zawsze ostatni dzień, kiedy na horyzoncie w pełnej okazałości widzimy panoramę Tatr. Tuż przed tablicą „Ludźmierz” wszyscy zatrzymujemy się i razem robimy krok do przodu, żeby w tym samym momencie wejść już na ostatni etap wędrówki. Więcej na: bielsko.gosc.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama