Nowy numer 43/2020 Archiwum

Najlepsza jest Boża reżyseria

O teatrze i rodzinie mówi Czesława Pszczolińska, aktorka i mistrz ślubnych ceremonii w jednej osobie.

Alina Świeży-Sobel: Jaka była rodzina, w której się Pani wychowała?

Czesława Pszczolińska: Przede wszystkim pobożna. Dla mojej babci Różaniec był zawsze najważniejszy, a oboje rodzice nie zabierali się do żadnej sprawy, jeśli się wcześniej w tej intencji nie pomodlili. Tak samo postępowałam i ja, kiedy poszłam do szkoły teatralnej i kiedy już pracowałam w teatrze. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby w drodze na spektakl nie wstąpić na chwilę do kościoła, poprosić o Bożą pomoc. Przed najtrudniejszymi wyzwaniami sięgam po nowennę pompejańską. To wyniosłam z domu i mam do dziś.

Spędziła Pani na scenie ponad 32 lata..

. Najpierw przyjechałam do Bielska, bo tu powstawał spektakl „Zwycięstwo Konrada”. To piękna sztuka o potrzebie zaufania i o tym, że trzeba przyjmować to, co nas spotyka w życiu, i umieć dobrze wybierać w każdej minucie. Wystąpiłam w niej w moim przedstawieniu dyplomowym. Grałam wtedy Lenę. Później pracowałam też 5 lat w Teatrze Śląskim im. Wyspiańskiego w Katowicach. W Bielsku poznałam męża i zapadła decyzja, że tu będzie nasz dom. Wróciłam więc na bielską scenę. I tak tu wrosłam, że nie wyobrażałam sobie na przykład powrotu do Krakowa.

Tu nagle zaskoczył Panią poważny cios...

Z dnia na dzień okazało się, że przestałam pracować w teatrze. Kochałam scenę i nie widziałam życia bez niej. Pamiętam, że spotkałam wtedy wspaniałych ludzi, którzy pomogli mi przetrwać trudne chwile. I wkrótce dostałam propozycję, która mnie początkowo zdumiała: ówczesny prezydent miasta Krzysztof Jonkisz zapytał, czy nie zostałabym mistrzem ceremonii w USC. W 1992 r. w grudniu po raz pierwszy wystąpiłam w tej nowej roli.

Trudno było?

Bałam się bardziej niż przed najtrudniejszą premierą. No ale „omodliłam” to wcześniej i jakoś się udało. Tego dnia nie spodziewałam się jeszcze, jak ogromnie ważne będzie dla mnie właśnie to towarzyszenie małżonkom rozpoczynającym wspólną drogę czy jubilatom, którzy wytrwale przez dziesiątki lat idą razem. To stało się moją wielką fascynacją. Pracowałam wprawdzie w maleńkim wymiarze etatowym, ale wypełniało mnie to niesamowitą radością.

Ilu tych małżonków stanęło przed Panią?

Przez 22 lata ślubowało sobie w mojej obecności ponad 6 tysięcy par. O każdą z nich modliłam się wcześniej w kościele. Nie było takiej, którą bym zaniedbała. I Bogu dziękuję za tych, których spotykałam po latach, szczęśliwych, zgodnie żyjących. Bolało tylko wtedy, kiedy te same osoby brały ślub po raz kolejny...

Właśnie zakończyła Pani rolę ceremoniarza. Czas podsumować...

Robię to po 54 latach pracy w ogóle. Oczywiście zaczęłam podsumowanie od Pana Boga i poprosiłam o Mszę św. dziękczynną za to wszystko, co mnie przez te lata spotkało: za pracę w teatrze i z małżonkami, za prawie 50 lat wspólnej drogi z moim kochanym mężem i za tych, z którymi pracowałam, żeby im Bóg błogosławił. Wiem, że najlepsza jest Boża reżyseria i w życiu nie trzeba za wszelką cenę wymyślać własnych scenariuszy. Zaufałam i teraz trochę jestem ciekawa, co mnie czeka, bo nie mam wątpliwości, że skoro mam jeszcze sporo energii, to pewnie otrzymam jeszcze jakąś rolę do zagrania. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama