Nowy numer 24/2021 Archiwum

Nie moja sprawa

Może jabłko, to jest właśnie to? A nie tylko ta kwaśnica i kwaśnica.

Okręt do Ameryki zderzył się z górą lodową i idzie na dno. Wśród pasażerów wybucha panika. Każdy chwyta, co jego i pcha się do szalupy ratunkowej. Tylko gdzieś w kącie smacznie śpi sobie galicyjski emigrant wyznania Mojżeszowego.
- Icek, Icek, zbudź się - ktoś szarpie go za chałat. - Okręt tonie!
- A co mnie to obchodzi? Bo to mój okręt, czy co? - oburza się Icek.

To dokładnie tak samo, jak z jabłkami, eksportem, embargiem i Rosją. Pół miliona ton tych zacnych owoców nie przyjmą nasi wschodni sąsiedzi. Sprawa jest poważniejsza, bo nie o jabłka tylko idzie, ale i o inne owoce o łącznej wadze 804 milionów ton. Jeżeli przeliczyć to na obywatela, wychodzi coś koło dwudziestu kilogramów na głowę, a ściślej rzecz ujmując: na brzuch. Okręt polskiego sadownictwa idzie a dno. Żeby go uratować, o tyle owoców w ciągu roku więcej powinniśmy spożyć. Na statystycznego Polaka przypada o 20 kilogramów rocznie więcej, jakieś 1,75 kilo miesięcznie czyli coś koło 45 deko tygodniowo. To nie jest aż tak dużo: dwa, trzy - dorodne, cztery - nieco mniejsze jabłka na tydzień. Średnio: co drugi dzień jabłuszko ekstra! Ale zdecydowanie, konsekwentnie i każdy, bez wyjątku, bez względu na wiek, płeć, wagę, dietę czy kulinarne upodobania.

Jabłka są zdrowe, zdrowsze, niż pomarańcze. Bo rosną blisko. A wszystko, co rośnie w promieniu iluś tam kilometrów od miejsca, w którym żyjemy, jest zdrowsze od nawet najzdrowszych owoców tropikalnych, czyli rosnących tysiące kilometrów stąd. Tak mówią ci, co się na tym znają.

To jak będzie z tym jedzeniem jabłek u nas? Podbeskidzie nie należy - delikatnie rzecz ujmując - do owocowych potentatów. Góry chętniej rodzą kamienie niż jabłka.

- W górach zaczyna się woda a kończą się pieniądze - mawiają górale.

Trochę sadów można znaleźć na obrzeżach Bielska-Białej i Śląska Cieszyńskiego. Rosyjskie embarga nas specjalnie nie dotyczą. Więc cóż? Możemy spać spokojnie, dziękując Bogu, że nie mieszkamy pod Warszawą, Tarnowem czy Sandomierzem?

Zetlały znaki solidarności. Na okazywanie patriotyzmu nie mamy specjalnie mądrego i konstruktywnego pomysłu. Może jabłko, to jest właśnie to? A nie tylko ta kwaśnica i kwaśnica. Bo jabłko, to także nasza sprawa. W końcu wszyscy płyniemy tym samym okrętem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama