Nowy numer 44/2020 Archiwum

Rodzina na bruku

Po co nam marsz dla życia?

Tydzień temu Cieszyn, teraz Oświęcim: miasta naszej diecezji organizują marsze dla życia i rodziny. Bierze w nich udział co raz więcej uczestników. Skąd ten fenomen?

Najpierw chyba stąd, że my lubimy od czasu do czasu wyjść na ulice, coś zamanifestować. Może jest to skłonność ogólnoludzka, na wzór Abrahama maszerującego z Ur, Izraelitów, którzy Morze Czerwone mają za sobą, albo też na podobieństwo samego Jezusa, w orszaku wkraczającego do Jerozolimy? Może tylko skłonność narodowa, szczególnie nabrzmiała w ostatnich dwóch stuleciach, od krwawych manifestacji poczynając, na pierwszomajowych lodach, cukrowej wacie i kiełbasie na ciepło z kuchni polowej kończąc?

Także chęć upublicznienia swojej prywatności, właśnie na ulicy, miejscu, które kojarzy się z jakimś upodleniem, odarciem z sacrum, nie jest nowa. Przypomnijmy sobie ewangelijną przypowieść o dziesięciu druhnach, które czekały na przyjście oblubieńca. Miał zjawić się w domu narzeczonej, by - dopełniając obrzędu zaślubin - przeprowadzić ją do swego domu. Podobno zdarzało się, że pan młody, ergo oblubieniec, pożyczał od sąsiadów jakiś ciuch, albo sztukę biżuterii, byle jego narzeczona prezentowała się jak najokazalej. To był chyba historycznie pierwszy marsz dla życia i rodziny. Kiedy patrzę na nasze marsze, myślę sobie, że ci mężczyźni prowadzący swoje piękne żony, trzymający dzieci za ręce czy pchający wózki z maluchami, po prostu są z nich dumni. I chciałbym, żeby rodziny tylko w tym sensie i w taki sposób znalazły się na bruku, na ulicy.

Ale niezależnie od ogólnoludzkich ciągot, mam wrażenie, że takie manifestacje są potrzebne nie tyle jakimś oponentom, wyzwolonym przeciwnikom rodziny. Korzystają z nich raczej sami uczestnicy. Bo to jest tak, jak z malarzem, który musi od czasu do czasu oddalić się kilka kroków od sztalug, by z dystansu właściwie ocenić swoje dzieło, proporcje i barwy. A to nie lepiej się pomodlić za rodziny - ktoś spyta - zamiast wychodzić z domu na ulice? Odpowiem parafrazując anegdotę o pewnym znamienitym artyście, który wykonywał wizerunek Chrystusa na klęczkach. Miał pewnego razu usłyszeć we śnie prośbę Zbawiciela: Styka, ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze! Dobro, przyszłość, piękno rodzin, to nie kwestia kolan, nawet całych nóg. Najważniejsze i tak jest serce.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama