Nowy numer 29/2021 Archiwum

Ktoś tam nami kieruje

Rodzina i choroba. – Nieraz w nocy leżałem bezwładnie, ale nogi miały czasem nerwowe odruchy – opowiada Michał Jucha z Kaczyc. – I myślałem: „To już! Panie Boże, dziękuję Ci!”. I że to będzie spektakularne uzdrowienie – wstanę, wszyscy padną z wrażenia, powiedzą: „Wow! Panie Boże, takie cuda!”. I za chwilę – sam próbuję ruszyć nogami, a tu... nic.

Uparliśmy się

Trzy lata później, w październiku 2009 roku, choroba znowu dała znać o sobie. – Badanie wykazało, że mam guza w tym samym miejscu – mówi Michał. – Usunięto go operacyjnie. Ale ta sama sytuacja powtórzyła się wiosną, a potem jesienią 2010 r. Tym razem nowotwór mocniej zaatakował – ucisk na rdzeń kręgowy był tak duży, że zostałem sparaliżowany od pasa w dół. Szybko przeprowadzono operację w Sosnowcu – usunięto guza, ale także wymieniono dwa kręgi na sztuczne implanty. Intensywna rehabilitacja dała efekt: w wakacje 2011 r. mogłem już poruszać się o własnych siłach. Niestety w 2012 r. w lutym w kontrolnym badaniu ujawniono kolejnego guza, którego znów usunięto. Ale we wrześniu 2012 r. pojawił się kolejny – opowiada Michał. Operacje, które przeszedł w Polsce, nie dawały mu szans na całkowite wyleczenie. – I wtedy dowiedziałem się o istnieniu ośrodka ortopedycznego w Budapeszcie, gdzie takie guzy jak mój tamtejsi lekarze usuwają w sposób, którego nie wykorzystuje się w Polsce. Już w listopadzie przeszedłem tam operację, w trakcie której usunięto guza wraz z innymi elementami, m.in. wymieniono sześć kręgów na sztuczne implanty. Komplikacje pooperacyjne spowodowały, że w Budapeszcie musiałem mieć jeszcze dwie kolejne operacje – wspomina.

Ktoś tam nami kieruje

To skrót historii choroby Michała. A między jej wierszami – cierpienie, upór i walka. – Do problemów podchodzimy zadaniowo – mówią zgodnie. – Skoro się pojawił, to staramy się szukać rozwiązań. Spotkaliśmy w tym czasie wielu wspaniałych lekarzy i pielęgniarki. Ale najtrudniej jest wtedy, kiedy lekarze mówią, że nic już się nie da zrobić. Słyszeliśmy to nieraz. Lekarze nawet nie dają sygnału: jedź tam, dopytaj, bo my może nie wiemy o czymś. Mówią: nie i koniec. Nie mieliśmy żadnych znajomości. Uparliśmy się, że będziemy szukać. – Na to, co nas spotykało, patrzymy jak na prowadzenie. Ktoś tam nami kieruje... – uśmiecha się Michał. – To, że trafiliśmy na wspaniałego neurochirurga w Sosnowcu, było dla nas na ten czas najlepszą wiadomością. Przed kolejną operacją okazało się, że pan doktor złamał nogę, a nikt poza nim nie chciał się podjąć operacji. W Piekarach dowiedzieliśmy się o Budapeszcie... I kolejne „zbiegi okoliczności” – dalsza kuzynka Ewy wyszła za mąż za Węgra. On napisał pierwszy e-mail do kliniki. Potrzebne wyniki badań na płytce dostarczył lekarzowi kolega Ewy i Michała, który akurat pracował na Węgrzech. To właśnie przed wyjazdem do Budapesztu spotkali się z Dorotą Kanią, prezes cieszyńskiego hospicjum. – Czasem hospicjum kojarzy się z miejscem, z ludźmi, którzy zajmują się chorymi, którym zostało już niewiele życia. Hospicjum jednak nigdy nie zabiera nadziei na życie – mówią. – Rak to nie wyrok. Cieszyńskie hospicjum ma też pod opieką pacjentów nowotworowych, którym pomaga np. w zakupie środków medycznych, w transporcie do szpitali, daje ogromne wsparcie duchowe i psychiczne. Taką pomoc nam zaproponowano i jesteśmy za to bardzo wdzięczni całemu zespołowi.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama