GN 43/2020 Archiwum

Jak Boży magnes

Oświęcim. Odeszła w wieku 94 lat – a jednak dla tylu ludzi za wcześnie. Całe jej życie było katechezą: taką lekcją, która pomagała ludziom spotkać żywego Boga.

Opowieść o Jezusie

To była ta najważniejsza historia, którą opowiadała przez całe życie. Utrwalała ją też w niezwykłych książkach. Jej uczniowie na pamiątkę Pierwszej Komunii Świętej otrzymywali albumy. Robiła je z zapałem, nie zaprzestała również wtedy, gdy już była emerytką. Kiedy dowiedziała się, że moja córka pójdzie wkrótce do Komunii, też przygotowała dla niej piękną księgę, skomponowaną z modlitw, fragmentów pieśni, obrazków i wskazówek. To wyjątkowy przewodnik, który prowadzi przez Eucharystię, ważne święta, pokazuje Matkę Bożą i postaci świętych, aniołów, kościół w Betlejem i Grób Pański, a potem Jana Pawła II i Benedykta XVI. A całość wieńczy życzenie, aby w sercu dziecka mieszkał Jezus żywy, by było silne w wierze i z Bogiem szczęśliwe. Całość zapisana starannie niedzisiejszym, kaligraficznym pismem.

Z różańcem w ręku

To była jej ulubiona modlitwa, choć przecież nie jedyna. Modliła się zawsze sumiennie, a kolejne obrazki trzymała w książeczce, aby było jej łatwiej powiązać z obrazkiem modlitwę za kogoś bliskiego i nie zapomnieć. Modliła się sama i przestrzegała innych: nie odkładajcie modlitwy na emeryturę! Do końca życia jednym z najcenniejszych skarbów pani Antoniny był prosty, drewniany różaniec. Należał do jej mamy, która codziennie odmawiała w całości 150 „Zdrowaś Maryjo”. Strona, z której całowała krzyżyk, jest całkiem gładka, a między koralikami widać przetarte nitki. Nigdy ich nie wymieniła. – To przecież te same, których tyle razy dotykała mama – tłumaczyła mi, gdy ostrożnie wyjmowała różaniec ze szklanego pudełka i czule go gładziła. Drugi cenny różaniec podarował jej papież Paweł VI po beatyfikacji o. Maksymiliana, w Rzymie. Tam zawiozła potajemnie zabraną z byłego obozu Auschwitz ziemię z prochami pomordowanych więźniów. Papież prosił o nie, ale nie było zgody władz. Zadziorna góralka z Koconia nie dała za wygraną. – Poszłam pod wieczór z dużą łyżką, którą wzięłam z domu. Wiedziałam, gdzie były wysypywane prochy i tam kopałam – opowiadała. Potem marzyła o spotkaniu z ojcem świętym, ale przecież nie było na to szans. W dniu beatyfikacji zdarzyło się jednak, że niespodziewanie stanęła przed wychodzącym w uroczystości papieżem. – Byłam zdumiona i po prostu uklękłam. Papieżowi towarzyszył kard. Karol Wojtyła, z którym się świetnie znałam jeszcze z Krakowa. Papież zapytał kard. Wojtyłę, kim jestem. Gdy się dowiedział, sięgnął do kieszeni i dał mi różaniec – opowiadała. Wtedy też poznała ks. Łucjana Królikowskiego, franciszkanina, zesłańca syberyjskiego, opiekuna polskich sierot. Rozdawał pamiątkowe obrazki – i dla niej zabrakło. A przecież specjalnie stanęła na samym końcu, bo chciała poprosić o więcej, dla swoich uczniów. Powiedziała mu o tym i tak zaczęła się ich przyjaźń. Oczywiście obrazki też dostała, ale trochę później. A kiedy w ubiegłym roku otrzymała jego najnowszą książkę: „Miłość mi wszystko wyjaśniła”, przeczytała i podarowała mi ją ze słowami: – Pisze o miłości Bożej i to na pewno wzmocni ducha, a tu jest adres ks. Łucjana. Proszę mu napisać parę słów, to on się na pewno ucieszy… Taka właśnie była Babcia Tosia. Wciąż pokazywała i podpowiadała, jak kochać. Bez narzekania, egoizmu, wciąż przypominała, że trzeba się dzielić, zwłaszcza wiarą. I została z tą nauką w ludziach teraz, gdy już na zawsze Pan Bóg przytula panią Antosię.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama