Nowy numer 43/2020 Archiwum

Jak Boży magnes

Oświęcim. Odeszła w wieku 94 lat – a jednak dla tylu ludzi za wcześnie. Całe jej życie było katechezą: taką lekcją, która pomagała ludziom spotkać żywego Boga.

Sama wśród ludzi

Kiedy mama umarła, Antosia została sama. Starsze siostry miały już swoje domy, a 16-letnią dziewczynę zabrali do Katowic znajomi letnicy, państwo Góreccy. Pomagała im prowadzić dom i wieczorowo zaczęła się uczyć. Ale gdy we wrześniu 1939 r. wybuchła wojna, wszystko się skończyło. Zamieszkała wtedy u starszej siostry w Brzeszczach, znalazła pracę jako pomoc domowa w rodzinie Niemców. – Ale mówili po polsku i byli pobożni, a dla mnie bardzo dobrzy. Przenosili się, najpierw do Czechowic, a potem do Bytomia, ale zawsze mnie zabierali ze sobą. Zajmowałam się też opieką nad małym chłopczykiem, Dieterem, który tak mnie polubił, że jeszcze długo po wojnie pisał do mnie listy. To znaczy pisali jego rodzice, bo on jeszcze nie umiał. Dieter rysował takie czerwone znaczki: całuski dla mnie – mówiła. Już wtedy młodziutka Antonina wiedziała, że ludzie dzielą się na dobrych albo złych. – Złych trzeba nawracać, a dobrych szanować. Ważny jest charakter, a nie przynależność narodowa czy urząd – mawiała. O tym, że się w ocenie niemieckich pracodawców nie pomyliła, świadczyła jej późniejsza współpraca z Dieterem. Został lekarzem, w czasie stanu wojennego przysyłał pani Antoninie lekarstwa, które przekazywała innym. Jej samej wdzięczny wychowanek ufundował wyjazd na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. – Nigdy nie było mnie stać na taką wyprawę. Wróciłam szczęśliwa, bo mogłam potem opowiadać o ojczyźnie Pana Jezusa moim uczniom – mówiła.

W cieniu Auschwitz

Pod koniec wojny musiała rozstać się z rodziną Dietera, bo władze zakazały zatrudniać Polaków w niemieckich rodzinach. Została bez pracy i Arbeitsamt skierował ją na kurs, po którym musiała pracować jako pomocnik palacza w parowozie. Tak trafiła do obsługi parowozu, który jeździł do Brzezinki. Tam więźniowie z KL Auschwitz ładowali na wagony złom z cmentarzyska samolotów. Antonina nie umiała być obojętna. Wraz z siostrą Heleną zdobywała żywność, którą ukradkiem podrzucała więźniom. Zdarzały się papierosy, a przed świętami nawet opłatki. Z narażeniem życia pomagała przekazywać listy do rodzin. Gdy Rosjanie wyzwolili Auschwitz, kilka miesięcy pomagała w obozowym szpitalu opiekować się chorymi i wycieńczonymi więźniami. Pracę tę uznawała zawsze za jeden z ważniejszych etapów w swoim życiu. Dlatego też obozowy męczennik o. Maksymilian Maria Kolbe był jej tak bliski. Jeszcze długo przed jego beatyfikacją i kanonizacją mówiła swoim uczniom o heroicznej miłości i męstwie Maksymiliana. W 2007 r. otrzymała Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – za pomoc udzielaną więźniom KL Auschwitz. Prawdziwym medalem za odwagę był dla niej jednak maleńki srebrny pierścionek z zielonym oczkiem, ukradkiem wrzucony przez jednego z wdzięcznych więźniów do wnętrza parowozu. Może miał być zadatkiem przyszłego szczęścia rodzinnego. Nie wiadomo, bo już się potem nie spotkali, a pierścionek szybko się przetarł i popękał. Jego miejsce zajął inny pierścionek z zielonym oczkiem, który pani Antonina nosiła na placu jako znak swoich zaślubin z Chrystusem. Już po wojnie złożyła w katedrze w obecności kapłana ślub wierności Jezusowi, oddając Mu swoje życie. – Zaufałam Bogu i dostałam od Niego wszystko, czego pragnęłam. Miałam niezwykłe i szczęśliwe życie – opowiadała z przekonaniem, a słuchającym ściskało się serce, kiedy mówiła o swoich trudnych doświadczeniach. Często bywała głodna, wiodąc pracowite życie bez dostatku czy wygód. A jednak była szczęśliwa!

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama