• facebook
  • rss
  • Wpadła w oko

    Urszula Rogólska

    |

    Gość Bielsko-Żywiecki 18/2017

    dodane 04.05.2017 00:00

    Andrzej Pakosz nie ma wątpliwości: – To piąta pielgrzymka i mam pewność: dziś jestem innym człowiekiem niż te pięć lat temu – właśnie z powodu pielgrzymowania do Łagiewnik…

    urszula.rogolska@gosc.pl Kiedy oddajemy ten numer do druku, pątnicy 5. Pieszej Pielgrzymki Diecezji Bielsko-Żywieckiej do Łagiewnik przygotowują się do drogi. O tym, czym jest pielgrzymowanie do sanktuarium Bożego Miłosierdzia i Centrum św. Jana Pawła II i jakie obrazy zostają w pamięci, opowiedzieli nam zaangażowani w organizację diecezjalnego wędrowania, którzy uczestniczą w nim od początku. Każdy poszczególny dzień – od startu w Hałcnowie do osiągnięcia celu w Łagiewnikach – jest dla wielu dniem szczególnym.

    Pielgrzym na OIOM-ie

    Sławomir Mietła, użyczający swoich firmowych samochodów na cele pielgrzymki, uczestniczył we wszystkich pielgrzymkach, choć na trzeciej nie mógł być osobiście. – Przed startem miałem przejść zabieg chirurgiczny. Tymczasem pojawiły się poważne komplikacje. W ciężkim stanie trafiłem na OIOM. Widziałem, że codziennie modlą się za mnie osoby, które miały pielgrzymować. 30 kwietnia zostałem przewieziony na oddział. Nie było już zagrożenia życia. Wiem, że to miłosierdzie Boże mnie ocaliło. Kiedy po roku mogłem wrócić, mocno przeżyłem Apel Jasnogórski w Witkowicach, na pierwszym noclegu. Modlitwa tylu ludzi robi ogromne wrażenie.

    Czekam jak na wakacje

    Pierwsze miejscowości odwiedzane przez pątników przychodzą także na myśl Andrzejowi Pakoszowi, którego firma na te cztery dni przenosi się na pielgrzymi szlak, służąc wszystkim. – Mam jeden, bardzo wyraźny obraz: wielka rodzina, wspólnota, dająca sobie wsparcie – mówi. – Czekam na tę pielgrzymkę jak na wakacje. Każda jest inna, przybywa ludzi, naszych przyjaciół, znajomych… Rok temu, 1 maja, w drugim dniu pielgrzymki, uświadomiłem sobie, że to mi się tylko tu mogło przytrafić: „Boże, jest 1 maja, siódma rano, uroczystość św. Józefa Robotnika (a ja sam jestem rzemieślnikiem), początek maryjnego miesiąca, a ja jestem już po Mszy”. Gdyby nie pielgrzymka, w życiu bym tego nie doznał! Ten czas nas zmienia duchowo.

    Żona z kubkiem

    – Pielgrzymka, którą najlepiej pamiętam? To ta, kiedy poznałem swoją żonę Sabinę – mówi Grzegorz Stefko z ekipy pilotów pielgrzymki. – To było na drugiej pątniczej wędrówce. Postój w Przytkowicach. Padał deszcz, było zimno. Schroniliśmy się w otwartej dla nas szkole. Ona siedziała na korytarzu, a ja się przysiadłem, bo akurat było obok jedyne wolne miejsce. Od słowa do słowa – porozmawialiśmy. Ale postój się skończył i poszliśmy dalej. Przez rok nie mieliśmy kontaktu. Po tym roku kolejna pielgrzymka i… postój w Polance Hallera. Podała mi kubek ciepłej herbaty i to był TEN kubek ciepłej herbaty. Po tej pielgrzymce zaczęliśmy się częściej spotykać. Pobraliśmy się, spodziewamy się dziecka, które ma się urodzić już niebawem, 11 maja…

    Przed maturą

    Tegoroczny maturzysta Rafał Kwaśniewski też idzie piąty raz. Po raz drugi będzie głównym kwatermistrzem pielgrzymki. – Pierwszy obraz, jaki przychodzi mi na hasło „pielgrzymka do Łagiewnik”, to „Pielgrzymo-granie” – co roku 1 maja w Wysokiej. Te koncerty zostawiają we mnie coś mocnego, coś się po tym wydarzeniu duchowego u mnie dzieje. Myślę, że w tym roku też tak będzie. Zaraz po pielgrzymce czeka mnie matura… Zobaczymy, co będzie dalej… Koncerty w Wysokiej to też obraz, który kojarzy brat Rafała, Paweł, który w tym roku będzie go wspierał w obowiązkach kwatermistrza. – To dla mnie jedno z najważniejszych wydarzeń na trasie – co roku koncert wygląda inaczej i co roku jest wyjątkowy. Grają wspaniali muzycy, świetne zespoły i… jest doskonała zabawa, choć za nami zawsze wtedy jeden z najtrudniejszych dni.

    Ulewa i ratunek

    – Pierwszy obraz związany z pielgrzymką? Ulewa i zbiórka dzieciaków przed zejściem ze Stanisławia do Przytkowic, gdzie idziemy trzeciego dnia – Mariusz Zawada, ratownik medyczny i szef zabezpieczenia medycznego pielgrzymki, nie ma wątpliwości. – Trafiła się nam taka nawałnica, że ze względu na bezpieczeństwo dzieci zapakowaliśmy je wszystkie do naszej maltańskiej karetki. Nawet nie wiedzieliśmy, że jest w stanie pomieścić kilkanaście dzieciaków. Podjechaliśmy do szkoły w Przytkowicach i tam jedna z naszych wolontariuszek zorganizowała „domowe przedszkole”. To było nowe i bardzo fajne doświadczenie dla nas. Choć nie byliśmy na nie przygotowani, szybko zareagowaliśmy. Jak dodaje Mariusz Zawada: – Nie sposób nie wspomnieć o drugim wydarzeniu z zeszłego roku. Ostatni dzień pielgrzymki. W Libertowie mamy pielgrzyma z cukrzycą, którego musimy zaopatrzyć. Umówiliśmy się wcześniej. Kiedy tam byliśmy, w czasie Mszy św., miejscowa parafianka zasłabła na naszych oczach. Zatrzymało się jej chwilowo krążenie. Przywróciliśmy jej czynności życiowe, wezwaliśmy karetkę systemową, pani już samodzielnie oddychała, jadąc do szpitala, a my… do dziś dziękujemy Opatrzności, że nas tam posłała. Mariusz Zawada nie idzie z pielgrzymami, ale jest zawsze – w karetce. – Mam problem z biodrem. Nie jestem w stanie dłużej poruszać się pieszo. Dlatego dziękuję miłosiernemu Bogu, że chociaż tym, co robię, mogę dołożyć swoją cegiełkę…

    Udało się…

    – Wejścia do Łagiewnik – ten obraz mam przed oczami – mówi Irena Papla. – Szczególnie ostatnie było spektakularne, kiedy wchodziliśmy otuleni biało-czerwonymi flagami. Czuliśmy się zjednoczeni, dumni, że jesteśmy Polakami, że Pan Bóg nam błogosławi – także piękną pogodą… W tym roku pielgrzymujemy pod hasłem „Wpadła w oko Jezusowi” – bo jak nie myśleć tak o naszej diecezji, która świętuje dopiero swoje 25-lecie, a tyle się w tym czasie wydarzyło! Odwiedziło nas trzech papieży, pochodzą z naszej ziemi kardynałowie – i w te wydarzenia wpisuje się nasza pielgrzymka, w czasie której zawierzyliśmy diecezję Miłosierdziu Bożemu, zaprosiliśmy do siebie peregrynujący obraz Jezusa Miłosiernego, a teraz znowu możemy iść do Jego sanktuarium… – Bazylika Bożego Miłosierdzia wypełniona po brzegi ludźmi – taka jest moja pierwsza myśl – mówi ks. Mikołaj Szczygieł, od początku główny przewodnik łagiewnickiego wędrowania. – W czasie pierwszej pielgrzymki przeżywałem duże napięcie: żeby było bezpiecznie, żeby ludzie przeżyli dobrze ten czas. Kiedy w Łagiewnikach usiadłem w prezbiterium i zobaczyłem ten tłum, przyszło uczucie szczęścia i spełnienia – z Bożą pomocą, przy ludzkim zaangażowaniu, udało się… Co roku robi na mnie wrażenie także rosnąca liczba pielgrzymów młodych, nastolatków. Wielu ludzi dzięki tej pielgrzymce po raz pierwszy trafiło do sanktuarium, do Centrum św. Jana Pawła II w Łagiewnikach… •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół