• facebook
  • rss
  • Biedronka

    ks. Jacek M. Pędziwiatr

    dodane 05.09.2014 11:12

    Dlaczego lubię dożynki?

    Początek roku szkolnego. Pierwsza lekcja o środowisku naturalnym.

    - Moi kochani, powiedzcie mi teraz: skąd się bierze mleko? - pyta pani trzecioklasistów.

    - Zbieee-drooon-kiii! - odpowiadają chórem maluchy.

    I dlatego właśnie dożynki są wciąż potrzebne.

    Kiedyś było to święto dziękczynienia, naturalna i zrozumiała okazja do radości, także w wymiarze społecznym.

    - W tym roku przypada złoty jubileusz Państwa pożycia małżeńskiego - zauważyłem kiedyś podczas kolędy. - A pamiętacie Państwo, jak się poznaliście?

    - Na pielgrzymce do Kalwarii.

    Słyszałem takie wyjaśnienia wiele razy. Do Kalwarii spod Wadowic, Żywca i nawet Cieszyna szło się pieszo albo jechało pociągiem na Matkę Boską Zielną. Akurat było po żniwach. Pachniały wianki ziół do poświęcenia. Rodziły się znajomości. Przy okazji dożynek, dwa, trzy tygodnie później, były zabawy, muzyka i tańce. Więzi się zacieśniały. W Andrzejkowy wieczór kwitły tęsknotą i marzeniami. A kiedy do izby wpadali kolędnicy, żar serc topił lody, znajomości doroślały i stawały się miłością. Zaś karnawał był najlepszym i ostatnim czasem na ślub. Bo po nim przychodził post, przednówek i harówka w polu, aż do następnego lata. Zagubił się rytm życia. Miłość też coraz częściej z in vitro portali internetowych. Więc dożynki to jakby ostatnia szansa, by przypomnieć, że każdy bochenek „chleba naszego powszedniego” od Pana Boga jest nam podarowany, choć wcale nań nie zasługujemy. I mleko nie jest „Zbieee-drooon-kiii”, ale od krowy, dzięki Bożej hojności i pracy ludzkich rąk.

    Lubię dożynki, stroje krakowskie, żywieckie i góralskie mieszające się na Podbeskidziu jak w kalejdoskopie. Nawet nie drażni mnie specjalnie obecność wojewody, wójta, burmistrza czy starosty, bo na chwilę wszyscy zapominają, z jakiego są stronnictwa. A każdy, bez względu na poglądy, bywa jednakowo głodny i każdego ten sam chleb syci. I nawet Mszą świętą na stadionie czy łące się nie gorszę, bo przy tej okazji uczę się, że stół to domowy ołtarz, a chleb - ten sam, który jem i który staje się, przez żołądek, moim ciałem - przemienia się też w Ciało Chrystusa.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    przewiń w dół