• facebook
  • rss
  • Aniołowie zabrali ją do nieba

    Urszula Rogólska

    |

    Gość Bielsko-Żywiecki 41/2012

    dodane 11.10.2012 00:00

    Krysia Marysia z Zamku. Kiedy przeczytała, że ojciec Joachim Badeni, jej przyrodni brat, umarł w opinii świętości, rzuciła: „Hm. Ja w dzieciństwie świętego okładałam poduszkami. I teraz się zastanawiam: czy ja świętego prześladowałam, czy przyczyniłam się do jego świętości...?”.

    Noc. Zegar już dawno wybił trzy razy. W oknie apartamentu na parterze Nowego Zamku Habsburgów w Żywcu świeci się światło. Przez okno usiłuje wejść kot. „Ruduś, to ty?” – słychać głos arcyksiężnej Marii Krystyny Habsburg. „Aaaa, to ty Malusia” – starsza pani rozpoznała już jednego z trzech swoich mruczących ulubieńców. „Ruduś to tylko przyjdzie, naje się i już go nie ma – typowy mężczyzna. ..” – arystokratka dąsa się na swojego pupila.

    Krysia Marysia i książęta

    W żywieckim domu Marii Krystyny Habsburg zwierzęta były od zawsze. Koty przyniosła Bernadeta Dziedzic, jedna z jej opiekunek. Księżna nie chciała psa, mówiła, że za bardzo hałasuje. W domu mieszkały więc Ruduś, Malusia i Mruczuś. Wcześniej był też królik, ale musiał opuścić dom. Kiedyś przegryzał wszystkie kable, także telefoniczne. Krewni księżnej z Hiszpanii odchodzili od zmysłów, gdy przez kilka dni nie mogli się dodzwonić do Żywca. – Koty sypiały z księżną. Mruczały, jakby koncert grały – opowiada Janina Suchonek, druga z opiekunek.

    Krówki i czarna kawa

    Maria Krystyna Habsburg była córką arcyksięcia Karola Olbrachta Habsburga i Szwedki Alicji Ankarcrony. Miała rodzeństwo: siostrę Renatę, braci: Karola Stefana, zmarłego w dzieciństwie Olbrachta Maksymiliana. Miała też przyrodniego brata śp. Kazimierza Badeniego – ojca Joachima, znanego dominikanina. Arcyksiężna Maria Krystyna zgasła cichutko w swoim żywieckim mieszkaniu rankiem 2 października 2012 roku. 8 grudnia skończyłaby 89 lat. – Kochała spacery w tym parku i spotkania z ludźmi. A ludzie tę miłość odwzajemniali – wspomina Bernadeta Dziedzic. – Turyści byli czasem skrępowani. A ona pozdrawiała ich wyciągniętą dłonią i wołała: „Czeeść”. Bardzo chętnie pozowała do zdjęć. Łamała konwenanse. Jechałyśmy kiedyś na spacer wózkiem. Stał przy drodze człowiek, co to często do kieliszka zagląda. Księżna postanowiła dać mu pieniądze. Próbowałam ją od tego odwieść, ale ona powiedziała zdecydowanie: „To moja decyzja. Niech się chłopina trochę uśmiechnie”. Kochała dzieci i młodzież. W parku podchodziła do rodziców z małymi dziećmi, pytała o imiona, o wiek. Przed śmiercią zdążyły ją odwiedzić ukochane maluchy z Przedszkola w Żywcu-Sporyszu, które nosi jej imię. Arcyksiężna bardzo angażowała się w pomoc dzieciom. Dwa dni po śmierci arcyksiężnej takie historyjki z jej życia wspominali ci, którzy w ostatnich latach byli jej najbliższymi towarzyszami. Doktor Krzysztof Błecha był jej osobistym lekarzem. Bernadeta Dziedzic, Janina Kostka, Janina Suchonek i Elżbieta Smolnicka opiekowały się arcyksiężną przez całą dobę. Tomasz Terteka z żywieckiego Magistratu czuwał, by niczego jej nie brakowało. W apartamencie arcyksiężnej było tak, jakby gospodyni miała tam zaraz przyjść. Na stole krówki – ulubione cukierki księżnej i kawa – czarna, bez cukru. Tomasz Terteka: – Na murek przed oknami apartamentu księżnej często przychodzili na papieroska uczniowie z technikum leśnego. Kiedyś księżna podeszła do nich i mówi: „Aaa, palicie tu sobie... Ja też paliłam. Tam, na drugim piętrze w sali lustrzanej pałacu. Ale wiecie co? Nie siadajcie na tym murku, bo możecie dostać »wilka«. Palcie sobie na stojąco”.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół