Zadrżał sufit

Urszula Rogólska

|

Gość Bielsko-Żywiecki 13/2021

publikacja 01.04.2021 00:00

Był poniedziałek 15 listopada 2010 r. Wanda usłyszała wyrok: rak szyjki macicy z przerzutami do węzła chłonnego. Wróciła do domu, do Rycerki. Trzy godziny później telefon brata: tata zmarł nagle w pracy…

▲	– Kocham krzyż. Bo krzyż to życie – mówi Wanda. ▲ – Kocham krzyż. Bo krzyż to życie – mówi Wanda.
Urszula Rogólska /FOTO GOŚĆ

Tamtego dnia ta pierwsza wiadomość jej „nie zabiła”. – Bardziej ta druga. Tata miał 68 lat. Był ostoją naszej rodziny… – mówi Wanda Biernat. W tym samym dniu rozpoczęła swoją walkę. Bardzo szybkie działanie lekarzy: 24 listopada – operacja. Po niej powrót do domu i oczekiwanie na termin chemii. 8 grudnia modlili się całą rodziną.

Zadzwonił telefon, w końcu Michał, syn, odebrał. To do niej. „Pani Wando, 13 grudnia rozpoczyna pani chemię”. – I to już leciało jak burza. Chemia, naświetlania. Bardzo ciężki czas w szpitalu. Praktycznie trzy miesiące wycięte z życiorysu – opowiada Wanda. – Ale coś, co wyglądało na mój koniec, stało się początkiem…

Wiem, co się stało

– Pochodzę z wierzącej, praktykującej rodziny. Mama i tata byli idealnym małżeństwem, przewspaniałymi rodzicami, którzy uczyli nas wiary. Jednak wtedy jeszcze nie do końca wiedziałam, co to znaczy oddać swoje życie Jezusowi. A okazało się, że wokół mnie jest bardzo dużo osób, które zaprzyjaźniły się z Nim. Jeździły do Milówki, gdzie franciszkanie z Krakowa sprawowali Msze św. z modlitwą o uzdrowienie i modlili się też w mojej intencji. Po takiej Eucharystii zadzwoniła do mnie mama: „Dziecko, będziesz zdrowa, bo jak ksiądz się za ciebie modlił, to wydawało się, że sufit drży”. To był wieczór, miałam tomografię, a nazajutrz przyszła pani doktor i powiedziała: „Nie wiem, co się stało, ale to wszystko już się cofnęło o 50 procent”. Odpowiedziałam tylko: „Pani doktor, ale ja wiem, co się stało”. Jakiś czas później przyszłam do niej na własnych nogach. Spojrzała na mnie: „Z medycznego punktu widzenia pani tutaj nie powinno być…”.

Po pierwszej operacji i terapiach Wanda wróciła do Rycerki. Pamięta doskonale jedną niedzielę. – Wyskoczyłam z łóżka i mówię do męża: „Antek, zawieź mnie do sanktuarium!”. Wcześniej byliśmy tam raz. A tego dnia pojechaliśmy po moją mamę i brata Piotrusia. Wiedziałam, jakim bólem był dla mamy tamten 15 listopada. Wszyscy mieliśmy jedną intencję: moje zdrowie. Weszłam do sanktuarium, spojrzałam w twarz Matki Bożej i… byłam już spokojna. Jeśli Pan Bóg i Maryja pozwolą, żebym żyła, to będę żyć.

Lawina

Oboje z mężem zakotwiczyli się w Rychwałdzie. – Zaczynałam mieć kontakt osobami, które tam, we wspólnotach rychwałdzkich, działały. Ówczesny proboszcz w Rycerce Górnej ks. Zdzisław Grochal powiedział mi także o Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie, które się tam odbywały – kontynuuje Wanda.

We wrześniu 2011 r. przeszłą drugą operację onkologiczną. – Ale już żyłam w innej rzeczywistości. Poszła lawina: zaczęliśmy z Antkiem jeździć na te Msze, potem na kurs „Alpha”, rekolekcje z o. Bashoborą, rekolekcje o uzdrowieniu wewnętrznym… I szybko zaczęła się posługa Wandy na kolejnych „Alphach” i rekolekcjach.

– Chciałam być blisko Jezusa i Matki Bożej. Chłonęłam to, czego do tej pory nie znałam. Uczyłam się, jak być najbliżej Boga. Wtedy dowiedziałam się, jak ważne jest to, aby przebaczać, jak istotne są relacje z ludźmi i o ile łatwiej Bogu w nas działać, jeżeli mamy uporządkowaną przeszłość. Miałam ogromną potrzebę stać przed Nim szczerze, otwarcie i bez niepewnych sytuacji z przeszłości.

Nigdy nie zwątpiła w to, że będzie zdrowa. – Na którejś z wizyt pani doktor powiedziała, że jeszcze siedem lat wstecz nie miałabym najmniejszej szansy, ale medycyna tak poszła do przodu, że teraz sytuacja jest zupełnie inna. Wyszłam z gabinetu z mężem i rozpłakałam się ze szczęścia: „Popatrz, Antek, ja jestem taka chora, a cieszę się, bo znowu widać światełko w tunelu”. Takie sytuacje utwierdzały mnie w tym, że Pan Jezus jest cały czas z nami. Przylgnęliśmy do Niego całą rodziną. Bo moja choroba była nawróceniem moim, ale też miała i wciąż ma wpływ na życie duchowe mojej rodziny: męża, córki Darii, syna Michała, zięcia Artura, mojej mamy, rodzeństwa – mam trzy siostry i dwóch braci – oraz wielu naszych przyjaciół Wszyscy wołaliśmy do Pana Boga, wszyscy cieszyliśmy się każdym dniem.

Dotyk

– Po drugiej operacji dwukrotnie przeszłam szczegółowe badania, bo lekarze chcieli wyeliminować jakąś wątpliwość. Dziś już nie jestem pacjentem onkologicznym. Kontroluję się, badam. Mój powrót do zdrowia był procesem. Bo dziś wiem więcej: nie chodzi o to, że poczujesz dotyk Boga i ciach – rak znika! Ciach – Pan Bóg wysypuje górę pieniędzy! Ciach – znikają problemy! Chodzi o to, że zawierzając Bogu, inaczej patrzę na te sprawy, inaczej nimi żyję, inaczej je rozumiem. Tego, co się stało w jej życiu, nie mogła zatrzymać tylko dla siebie: – Doświadczyłam dotyku Pana Boga wielokrotnie. Ja i mąż bardzo przeżyliśmy modlitwę wylania Ducha Świętego na „Alphie”. Weszliśmy do Fraternii Franciszkańskiej w Rychwałdzie, a w końcu do tamtejszej wspólnoty Talitha Kum, która stała się moim miejscem na ziemi.

Pasterzem wspólnoty jest o. Bogdan Kocańda OFM Conv. Wspólnota ewangelizuje i posługuje modlitwą wstawienniczą w sanktuarium, w domach, w szpitalach każdemu, kto jej pragnie. Służą w całej Polsce. Nie powstrzymuje ich pandemia – dzięki internetowi i telefonom modlą się za tych, którzy są blisko i daleko.

– Kiedyś, prowadząc modlitwę, myślałam, że najlepiej by było, gdyby Pan Bóg stanął przede mną i dał się ludziom dotknąć, bo mamy coś z Tomasza – ale teraz, z perspektywy lat, kiedy zobaczyłam tyle Bożego działania: uzdrowień fizycznych, uzdrowień relacji, rozwiązań problemów materialnych i innych, już tak nie myślę. Mam ufność i wiarę, bo wiem, że On naprawdę żyje, że chce z łaską wchodzić w nasze życie. Choć wiary i ufności ciągle mi mało. Jak zbliża się czas kontroli u lekarza, pojawia się myśl, jak to będzie. Ale potem wyznaję przyjaciółce: „Znowu się wstydzę przed Bogiem, że się bałam, zwątpiłam, a przecież jestem pewna obecności Jezusa!”.

On walczy

– Byłam gotowa na wolę Pana Boga wobec mnie, ale też ufałam, że będzie dobrze. Kiedyś poprosiłam ojca Bogdana o Mszę w intencji mojego uzdrowienia, a ojciec zapisał: „Ogłaszając Boże zwycięstwo, Boże królestwo i Boże panowanie w życiu i zdrowiu Wandy”. To było dla mnie kluczowe. Od tego czasu zawsze dziękowałam Jezusowi, że dopuścił to doświadczenie. Mówiłam Mu, że chcę służyć, że mogę być Jego narzędziem, chcę, aby Boża chwała objawiała się w życiu każdego człowieka. Ufam, że do każdego człowieka Pan Bóg dociera w swoim czasie, że On walczy o każdą swoją owieczkę.

Wanda nigdy się nie targowała na modlitwie – To nie jest tak: Ty mi dałeś zdrowie, to ja teraz zrobię dla Ciebie to i to. To, co robię, wynika z tego, że poznałam Bożą miłość. Każdy człowiek jest stworzony przez Pana Boga, ma swoją historię i każdego On przytula, tak jak przytulił mnie. Chciałabym, by każdy doświadczył Jego miłości. Żeby nie czekał na raka, upadek firmy, śmierć bliskiej osoby, ale zbliżył się do Boga tu i teraz. Bo szkoda każdej chwili życia.

Życie to krzyż

– Na początku choroby nieraz przychodziło takie rozmyślanie: jak będzie wyglądało życie moich dzieci, czy kiedyś zobaczę wnuki? – dodaje Wanda. – Daria i Michał wtedy studiowali. Dziś naszym ogromnym skarbem są wnuczki: 4-letnia Judyta i 2-letnia Matylda. Mój niestrudzony mąż od początku jest dla mnie wielkim wsparciem. Nigdy nie zwątpił, że będę zdrowa. Kiedy jadę na badania kontrolne, mówi, że ma pokój w sercu – wie, że to, co mamy, dostaliśmy od Pana Boga.

Wanda podkreśla, że takie Boże dotknięcie sprawia, że zmieniają się priorytety. – Przed świętami już nie myślę, że okna niewyczyszczone, że trzeba upiec pięć mazurków. Pewnie, to też da się zrobić, ale nie skupiam się na tym. Dziś wiem, że dzień bez Pana Boga, bez Eucharystii, bez Komunii Świętej, bez uśmiechu, życzliwego słowa, bez wdzięczności za wszystko, co mnie otacza, to dzień stracony. Kocham krzyż. Bo krzyż to życie. Ten krzyż codziennie pokazuje mi Niedzielę Zmartwychwstania.•