Nie boimy się problemów

Urszula Rogólska

|

Gość Bielsko-Żywiecki 10/2019

dodane 07.03.2019 00:00

Mówią, że na pewno nie pracują z zegarkiem, tylko z młodym człowiekiem. A młodzi podsumowują: – Nieraz z naszymi nauczycielami jest łatwiej się dogadać niż z kolegami z klasy. A z panią Aldoną to nawet po niemiecku! – śmieją się licealistki: Ola Gworys i Marysia Franek.

Nauczycielki cieszyńskiego KLO z dyrektorem, ks. Tomaszem Sroką. Nauczycielki cieszyńskiego KLO z dyrektorem, ks. Tomaszem Sroką.
Urszula Rogólska

Nauczycielski dyżur w czasie przerwy w Katolickim Liceum Ogólnokształcącym im. św. Melchiora Grodzieckiego w Cieszynie. Wokół pedagogów wianuszek uczniów. Jest czas, by pogadać o wszystkim. O nachodzących egzaminach, sprawdzianach i o tym, z czym sobie nie radzą. Ale nie tylko. Z polonistką Martą Nierodą na przykład o ostatnio przeczytanym kryminale skandynawskim. Albo powieści Stephena Kinga. Albo o ostatnim koncercie rockowym. Z Weroniką Dąbrowiecką nie tylko o geografii, ale i gotowaniu, i zdrowej diecie. Z Darią Kobielą o czasach Mieszka I i o fascynujących zakamarkach Śląska Cieszyńskiego z jej ukochanym Hażlachem na czele. Z Magdą Cyganek-Kolawą, anglistką, o najnowszych serialach na Netflixie czy topowych przebojach muzyki rozrywkowej. A kto ciekawy, nad którym beskidzkim szczytem najpiękniej w sobotę wschodziło słońce, idzie prosto do sekretariatu, gdzie odpowie mu Iwona Juzof.

Kiedy dzwonek wzywa na lekcje, nauka staje się tematem numer jeden. Ale tu znów nie ma schematu. Po lekcjach szkoła wcale nie pustoszeje. Nauczyciele jeszcze czekają na tych, którzy chcieliby z nimi porozmawiać. Na przykład w poniedziałki Beata Cendrzak i Zyta Soszka – na lekcjach budzące respekt, wymagające matematyczki – cierpliwie siadają na dwie, trzy godziny z tymi, którym ich przedmiot sprawia najwięcej trudności.

– Bardzo bałam się matematyki, kiedy tu przyszłam – opowiada Marta Wójcik, drugoklasistka. – Pierwszy semestr był najtrudniejszy, w drugim było lepiej. Teraz mam dwójkę, ale ta dwójka jest moim sukcesem, który zawdzięczam pani Cendrzak.

– Nie pracujemy tu z zegarkiem. Pracujemy z młodymi ludźmi – uśmiecha się Alina Prajzler, nauczycielka muzyki. A młodzi potrafią to docenić.

Nasza koncepcja

– Kiedy rodzic po raz pierwszy przychodzi do naszej szkoły, ma jedno oczekiwanie: żeby moje dziecko zdało maturę – mówi ks. Tomasz Sroka, dyrektor naczelny cieszyńskiego zespołu szkół katolickich. – Owszem – to jest jeden z najważniejszych celów każdego liceum. Ale nam bardziej zależy nie na mechanicznym wtłaczaniu wiedzy, „zaliczeniu egzaminów”, ale wychowaniu, pokazaniu młodym, że wiedza jest potrzebna. Nasza koncepcja jest taka: to nie ma być szkoła elitarna, ale taka, która każdemu daje szansę: przyjmuje najlepszych, i tych ze słabymi wynikami, tych z rodzin dobrze sytuowanych, i tych z różnymi problemami materialnymi i wychowawczymi. Bo ci najlepsi też często są pogubieni, osamotnieni, w depresji, po trudnych przejściach. Powinniśmy być środowiskiem, które integruje. Przyjmujemy uczniów także w trakcie roku szkolnego. Pytamy tylko, czy chcą u nas zostać. Nie tworzymy elitarnych klas, bo chcemy, żeby nasi uczniowie byli przygotowani do życia. A w nim nieraz będą musieli żyć i pracować z ludźmi odmiennymi od nich, czasem dalekich od jakiejkolwiek „elity”. My nie boimy się problemów. Są dla nas wyzwaniem. Ułudą byłoby myślenie, że szkoła katolicka to szkoła, w której wszyscy są grzeczni i ułożeni. To, co ma nas wyróżniać, to właśnie nauka umiejętności radzenia sobie z problemami.

Dyrektor cieszyńskich placówek zwraca uwagę na pomijany w rankingach szkół aspekt: – Ranking pokazuje tych uczniów, którzy zdobywają najwyższe oceny. Ale nie pokazuje, jak dzięki systematycznej pracy uczeń, który przyszedł z oceną niedostateczną czy dopuszczającą, wskakuje na stopień dostateczny. I to jest jego sukces, który jest i dla nas osiągnięciem. Takich mamy naprawdę wiele.

Docenić

Ksiądz Sroka dodaje, że do liceum przychodzą też uczniowie, którzy według ogólnych wymagań nie kwalifikują się do nauki na tym poziomie. – W innych szkołach nie chciano ich przyjąć. Pamiętam jednego ucznia, który faktycznie wyniki w nauce miał fatalne, ale był świetnym koszykarzem. Wystarczyło mu powiedzieć, że w tym jest świetny i żeby w tym kierunku się rozwijał. Takie docenienie przyniosło skutek, który nas samych zaskoczył: zdopingowany zaczął się lepiej uczyć.

Przykład innej uczennicy – już absolwentki – podaje Aldona Kałuża-Kanadys, dyrektor liceum. – Delikatnie mówiąc, dziewczyna nie osiągała dobrych wyników w nauce. Ale odkryliśmy, że miała nieprzeciętną umiejętność – świetnie odnajdowała się w pomocy osobom trudnym, z którymi nikt nie potrafił sensownie rozmawiać. Kiedy do nas przyszła, nie przypuszczaliśmy, że zda maturę. Tymczasem zdała ją, skończyła studia w kierunku pedagogiki i resocjalizacji i świetnie sobie radzi w życiu, pomagając innym. Właśnie to uważamy za jedno z naszych najważniejszych zadań: odkryć indywidualne talenty i umiejętności każdego z naszych uczniów, które pomogą mu dalej w życiu. W przypadku tej dziewczyny nie bez znaczenia była rola księdza, jako duszpasterza. Przyszła do nas z wyraźną niechęcią do wiary, do Kościoła. Czas w szkole był dla niej też czasem uzdrowienia duchowego. Bo wiara, która dla nas wszystkich jest istotą życia, naprawdę pomaga i czyni cuda.

Nauczycielka dodaje: – Żyjemy w takich czasach, kiedy uczniowie spędzają więcej czasu w szkole niż w domu. Dlatego wychowanie ich, dobry kontakt z nimi tak bardzo leży nam na sercu. Jesteśmy szkołą katolicką – a więc ja, jako nauczyciel, jestem tu przede wszystkim dla tego młodego człowieka, który jest obok mnie. Mając z nim dobry kontakt, mogę mu pomóc wskazać jego drogę. Moim zadaniem jest odkryć w nim te talenty, które pomogą mu dokonać wyboru. Młodzi często nie doceniają siebie. Słyszę: nie zdam, nie umiem, bo mam kolejną ocenę niedostateczną. Wtedy mówię: ocena tylko pokazuje, co potrafisz, a czego jeszcze nie. Popatrzmy, co robisz źle, znajdźmy błąd – i to jest początek sukcesu. Uczymy ich podejmować wyzwania, a nie uciekać przed problemami.

Kameralność

Pracujący w szkole nauczyciele podkreślają, że jej kameralność – w budynku przy placu Dominikańskim uczy się 120 młodych ludzi: licealiści, gimnazjaliści, siódmo – i ósmoklasiści – to jej wielki atut.

– Dzięki temu znam każdego ucznia nie tylko z imienia i nazwiska – mówi Daria Kobiela, historyk. – Znam jego hobby, pasje, wiem dużo o jego rodzinie. Tu nikt nie jest anonimowy. Sami uczniowie zauważają ten aspekt. Ufają nam, śmiało wchodzą w relacje z nami. A nawiązujemy je także przy okazji wielu wydarzeń: wypadów w góry, wyjazdów rekolekcyjnych, nietypowych lekcji. Dziś na przykład sami uczniowie trzech klas zaproponowali, że przygotują debatę oksfordzką na temat hejtu. Przygotowali się do niej i poprosili nas o towarzyszenie. Taką okazją do integracji jest też pianino, które stoi w auli. Mamy wielu zdolnych muzycznie uczniów – muzyka naprawdę łączy pokolenia.

O tym sporo może powiedzieć polonistka Marta Nieroda – fanka mocnego rocka. – To też jedna z naszych wspólnych płaszczyzn – mówi. – Wspólne zainteresowania rodzą zaufanie, dają możliwość dyskusji, wymiany poglądów. Właśnie – dyskusja. To jeden ze stałych elementów na moich lekcjach. Staram się przekazywać im istotną wiedzę, ale nie narzucam swojego zdania. Kiedy interpretujemy wybrane dzieła literackie, ukierunkowuję ich, ale to oni sami dokonują własnych odkryć. To ważna umiejętność. Zauważamy – zwłaszcza na ustnych maturach – że nasi uczniowie mają dużą swobodę wypowiedzi i prezentowania własnego zdania. Nie boją się myśleć. To umiejętności, których nie nauczą się z książek, ale z praktyki.

– Historii bardzo często uczymy się w terenie – dodaje Daria Kobiela. – Staram się ich zarazić miłością do Śląska Cieszyńskiego, żeby byli dumni ze swojej małej ojczyzny, żeby potrafili o niej opowiadać, kiedy pójdą w świat.

Na języki

Cieszyńskie liceum znane jest ze znakomitego przygotowania uczniów do egzaminów językowych. W małych grupach młodzi uczą się tu angielskiego z Magdą Cyganek-Kolawą oraz Magdaleną Woźniak-Chroboczek, niemieckiego z Aldoną Kałużą-Kanadys, francuskiego z Dorotą Zyzańską, łaciny z Bogusławą Banot-Sową i od niedawna… czeskiego. Zajęcia prowadzi Bohdana Najderova. To też celowy zabieg dyrekcji – skoro szkoła mieści się niedaleko granicy czeskiej, nie wypada młodemu mieszkańcowi tej ziemi nie znać choć podstaw języka i kultury czeskiej.

Każdy językowiec ma tu swoje metody pracy, wykraczające poza schematy. Młodzi uczą się nie tylko klasycznego języka z podręczników. Poznają język internetu, słownictwo używane w wielu różnych środowiskach, w których być może w przyszłości będą pracować.

– Kiedy przyszłyśmy tutaj, wcale nie byłyśmy zafascynowane niemieckim, ale pani Aldona tak prowadzi lekcje, tak potrafi zarazić miłością do niego, że trudno choćby nie polubić tego języka – podkreślają licealistki Ola Gworys i Marysia Franek.

– Nauczyciele, którzy pracują w tej szkole, to nietuzinkowi ludzie – podkreśla ks. Tomasz Sroka. – Nie tylko znakomicie przekazują wiedzę, ale i są świetnymi wychowawcami, lubianymi przez uczniów. Są wśród nich tacy, których kocha młodzież tzw. trudna, jak i tacy, którzy są fascynującymi mistrzami dla pasjonatów języków obcych czy innych przedmiotów…

Wszyscy, którzy chcieliby bliżej poznać cieszyńską placówkę, mogą ją odwiedzić podczas dnia otwartego, który odbędzie się 29 kwietnia od 9.00 do 13.00.