W Dębowcu oddali hołd Cichociemnym

Alina Świeży-Sobel

publikacja 20.02.2017 07:17

Pod pomnikiem w centrum Dębowca na Śląsku Cieszyńskim odbyły się główne uroczystości związane z 76. rocznicą pierwszego zrzutu Cichociemnych, którzy w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. wylądowali na terenie tej miejscowości.

Złożenie kwiatów pod pomnikiem upamiętniającym pierwszych Cichociemnych, którzy wylądowali w okupowanej Polsce, w Dębowcu Złożenie kwiatów pod pomnikiem upamiętniającym pierwszych Cichociemnych, którzy wylądowali w okupowanej Polsce, w Dębowcu
Alina Świeży-Sobel /Foto Gość

Wokół kamiennego obelisku z tablicą pamiątkową zgromadzili się wraz z delegacjami mieszkańców, władz samorządowych i kombatantów także liczni reprezentanci spadochroniarzy, świętujących w tym roku 80-lecie spadochroniarstwa wojskowego w Polsce.

Przybył też Aleksander Tarnawski, ostatni żyjący cichociemny, a także jeden z mieszkańców: Emil Steller, który pomógł skoczkom dotrzeć do Skoczowa, skąd wyruszyli pociągiem w kierunku Warszawy i pojedynczo przedzierali się do Generalnej Guberni. W uroczystościach uczestniczył ostatni żyjący Cichociemny: Aleksander Tarnawski   W uroczystościach uczestniczył ostatni żyjący Cichociemny: Aleksander Tarnawski
Alina Świeży-Sobel /Foto Gość

Wójt gminy Dębowiec, Tomasz Branny, przypomniał uczestnikom uroczystości tego pierwszego lotu, kiedy nad Polską dokonano pierwszego zrzutu polskich skoczków: dwóch cichociemnych i kuriera rządu z Londynu.

- To była pierwsza, eksperymentalna operacja, podczas której zrzucono skoczków. (...) Generał Sikorski żegnając ich powiedział: "Idźcie jako straż przednia do kraju. Macie udowodnić, że łączność z Polską w naszych warunkach jest możliwa" - relacjonował Tomasz Branny, opisując dramatyczne okoliczności, w jakich niespodziewanie, nie wiadomo, czy z powodu błędu pilota, czy też złych warunków i kończącego się paliwa, wylądowali nie tam, gdzie na nich oczekiwano.

Pierwszy zrzut nosił kryptonim "Adolphus". Na pokładzie brytyjskiego dwusilnikowego samolotu Whitley znalazło się trzech polskich skoczków: kpt. Stanisław Krzymowski ("Kostka"), por. Józef Zabielski ("Żbik") oraz kurier polityczny Czesław Raczkowski ("Włodek"). Po wielu godzinach niebezpiecznego lotu, którego trasa przebiegała bezpośrednio nad Niemcami, spadochroniarze zostali zrzuceni nie - jak planowano - pod Włoszczową w Kieleckiem, lecz na Śląsku Cieszyńskim pod Skoczowem, na terenach włączonych do Rzeszy. Uczniowie przygotowali program poetycko-muzyczny, zakończony hymnem Cichociemnych...   Uczniowie przygotowali program poetycko-muzyczny, zakończony hymnem Cichociemnych...
Alina Świeży-Sobel /Foto Gość
Od tego pierwszego zrzutu, w którym uczestniczyło trzech skoczków spadochronowych, na teren okupowanej Polski do końca wojny dotarło w ten sposób prawie 350 żołnierzy oraz kurierów, przeszkolonych w Anglii i we Włoszech, by organizować ruch oporu. Zdobyte w Dębowcu doświadczenia pierwszych skoczków pomogły w kolejnych akcjach.

Na cześć bohaterskich żołnierzy wystąpili uczniowie z Dębowca, którzy pod batutą Tadeusza Kraszewskiego wykonali pieśni patriotyczne i recytowali wiersze, a swój występ zakończyli hymnem Cichociemnych, autorstwa Adama Kowalskiego. Utwór ten powstał w obozie internowanych Polaków w Rumunii w 1939 r., śpiewały go wszystkie formacje Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, a przeniesionych do Polski przez Cichociemnych, występował też jako "Modlitwa AK", "Modlitwa żołnierza-tułacza" lub "Modlitwa partyzancka".

Cichociemni, czyli żołnierze polscy szkoleni w Wielkiej Brytanii do zadań specjalnych (dywersji, sabotażu, wywiadu, łączności i prowadzenia działań partyzanckich), wysyłani byli do okupowanej Polski początkowo z Wielkiej Brytanii, a następnie, od końca 1943 r., z bazy we Włoszech. Wszyscy byli ochotnikami.

Organizacją ich przerzutów zajmowała się polska sekcja brytyjskiego Kierownictwa Operacji Specjalnych SOE (Special Operations Executive) wspólnie z Oddziałem VI Sztabu Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych, odpowiedzialnym za łączność z Komendą Główną ZWZ-AK.

Pierwszy przerzut cichociemnych do okupowanej Polski miał charakter eksperymentalny. Trasę przelotu uznano za zbyt niebezpieczną i na dziewięć miesięcy przerwano loty. Po wznowieniu misji do lotów nad Polskę wykorzystywano specjalnie przystosowane do tego typu zadań samoloty Halifax. Zmieniono również trasę przelotu, która przebiegała odtąd nad Danią lub Szwecją.