Obok pustego okna

Urszula Rogólska

|

Gość Bielsko-Żywiecki 49/2013

publikacja 05.12.2013 00:00

– To było zaraz po pogrzebie księżnej. Bardzo chciałam znów usłyszeć jej głos – mówi Bernadeta Dziedzic. – Miałam nagrania w komórce. Włączyłam i położyłam telefon na krześle. Malusia spała obok. Usłyszała i jak nie wyskoczy! Przybiegła, czegoś szukała i jak nie zamiauczy! Tak smutno, przeciągle.

Opiekunki arcyksiężnej Opiekunki arcyksiężnej
Urszula Rogólska /GN

Patrzy na nas ze zdjęcia w Kawiarni Wiedeńskiej „De Caffe” w Żywcu. Kiedy jeszcze poruszała się samodzielnie, tu lubiła przychodzić na gorącą czekoladę. – Nie cierpiała tego zdjęcia. Mówiła, że wyszła na nim okropnie i że tylko kotek Ruduś na jej kolanach dobrze wygląda – Bernadeta Dziedzic, Janina Suchonek, Janina Kostka i Elżbieta Smolnicka, opiekunki śp. Marii Krystyny Habsburg, uśmiechają się, i ukradkiem ocierają łzy. – Powiedziała mi – skoro tak się siostrze podoba to zdjęcie, to niech sobie siostra je weźmie. Powiedziałam, że wezmę, jak przyjdzie czas – mówi Bernadeta. – I czas przyszedł. 2 października 2012 r., aniołowie zabrali naszą księżną do nieba.

Głośne i krzykliwe dziecko!

8 grudnia 2013 roku – drugi raz Żywiec przeżywa urodziny i imieniny swojej ukochanej Habsburżanki już bez niej. – W tym dniu, kiedy na Anioł Pański biły dzwony, zawsze się śmiała i mówiła swoim donośnym głosem: „I oto teraz urodziło się stra- sznie głośne i krzykliwe dziecko!”. I z wielkim dystansem do siebie wymieniała wszystkie swoje imiona: Maria Krystyna Immaculata Elżbieta Renata Alicja Gabriela Habsburg-Lotaryńska – wspomina Elżbieta. Słoneczna jesień przypominała opiekunkom ostatnie 12 lat – spacery, wszystkie rozmowy i spotkania z dorosłymi, dziećmi, z młodzieżą, chowającą się przy jej apartamencie, żeby na murku palić papierosy. Janina Suchonek w tym roku jakoś tak w ogóle nie umiała chodzić po parku. – Patrzyłam na te kolorowe liście, przypominało mi się, jak księżna lubiła z nimi rozmawiać o pięknie i przemijaniu i... od razu wszystkie były mokre od moich łez... Ale kiedy wracam do domu wiem, że ona nas nie zostawiła. Często w nocy nie mogę spać. Wtedy sobie siadam na łóżku, modlę się i zawsze też porozmawiam z księżną. Smutno mi, że już nie mam tej motywacji, żeby wychodzić z domu. Ale wspomnienia czasu, kiedy byłyśmy obok, wciąż mi dodają radości i wiary.

Zapach prezentu

„Jak umrę to zadbajcie najpierw o koty i wszystkie święte rzeczy” – mówiła księżna. Koty: Ruduś, Malusia i Mruczuś–Szarotek trafiły do Janiny Suchonek, Bernadety Dziedzic i mecenasa Krzysztofa Górlaczyka, pełnomocnika Habsburgów. Ruduś pożegnał się z tym światem parę tygodni temu. – Obraz Matki Bożej Rychwałdzkiej, który wisiał nad jej łóżkiem, powiesiłem u mnie w pracy – mówi Krzysztof Błecha, osobisty lekarz księżnej. – Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale niedługo potem weszła do mojego biura pracująca obok pani Małgosia Tracz. – Nic nie wiedziałam, że szef przywiózł ten obraz – uśmiecha się – Wchodzę i... czuję zapach księżnej. Byłam zdezorientowana! Wcześniej byłam parę razy u księżnej i znałam ten zapach. Bardzo nas to zdziwiło! – Czas, kiedy bardzo mocno odczuliśmy, że naszej księżnej nie ma już z nam, to zeszłoroczne Boże Narodzenie – mówi Krzysztof Błecha. – W Wigilię podjeżdżałem po nią około szesnastej. Zawsze spędzała z nami ten dzień szczęśliwa, z prezentami pełnymi słodyczy. Czuła się jak nasza babcia. – Brakuje mi tych poranków, kiedy nieraz przychodziłam zmęczona, a księżna, zawsze pełna energii, nuciła „bim, bam” – wspomina Bernadeta. – Brakuje wspólnych posiedzeń przy stole. Zawsze umiała nas rozbroić, dla każdej miała dobre słowo. – W rocznicę śmierci spotkaliśmy się na czekoladzie w „Wiedeńskiej” – opowiada dr Błecha. – Bernadka wspominała, jak kiedyś posprzeczała się o coś z księżną i oznajmiła: „Składam dymisję! Nie wytrzymam!”. Na co księżna: „Pani stąd nie odejdzie... Bo pani mnie bardzo kocha...”. Bernadka wymiękła. Bo to była prawda. – Kochała prostych ludzi, była jedną z nas – opowiadają opiekunki. – Nie lgnęła do wyższych sfer, lubiła opowieści z gospodarstwa. Uwielbiała obdarowywać, mówić innym komplementy. – Nigdy nas nie lekceważyła. Kiedy gdziekolwiek zawoziłyśmy ją na wózku, zawsze nas przedstawiała wszystkim oficjelom. Emanowała wielką klasą – dodaje Elżbieta. Brakuje jej też w przedszkolu w Żywcu-Sporyszu, któremu patronuje. – „Kipi kasza, kipi groch, lepsza kasza niż ten groch! Bo po grochu brzuszek boli, a po kaszy się zagoi!” – recytują chórem dzieci zapytane o to, czego je nauczyła. Mają w każdej sali kącik swojej patronki. Przed budynkiem rośnie jodła koreańska, zasadzona przez księżną. – Jest taka jak ona – nie wymaga specjalnej troski, ani zabiegów – uśmiechają się Małgorzata Data i Anna Płonka, nauczycielki. – Księżna jest z nami także dzięki pani Bernadce i pani Jasi Suchonek. Opiekują się teraz naszymi dziećmi, tak jak kiedyś księżną. Przychodzą ze słodyczami, upominkami, emanują tą dobrocią i spokojem, jakie miała księżna – dodaje dyrektor Alina Sanetra.

Jakoś tak serce ściska

– Byłem takim pośrednikiem między księżną a dziennikarzami, czasem pomagałem w różnych technicznych sprawach. I teraz nawet tego chodzenia do zamku mi brakuje – mówi Tomasz Terteka, rzecznik żywieckiego magistratu. – Przez ten rok, kiedy przechodzę obok pustego już okna, jakoś tak serce ściska. Nauczyła mnie wiele. Punktualności, obowiązkowości, spontaniczności i równocześnie... dyplomacji! I jeszcze jedna sprawa. Jej religijność. Szczera, otwarta, bez dewocji. Zawierzyła się Matce Bożej i Panu Bogu i odważnie się do tego przyznawała na każdym kroku.