Nowy numer 20/2022 Archiwum

Naczynia na szlaku

– W swoim życiu byłam na wakacjach w wielu miejscach w kraju i za granicą, wśród wielu różnych ludzi. Ale żaden urlop nie dał mi tyle, ile ten tydzień z wami – usłyszeli uczestnicy 11. Górskiej Pielgrzymki od Królowej Beskidów w Szczyrku do Królowej Podhala w Ludźmierzu od jednej z towarzyszek drogi.

Było ich trzydzieścioro. Od osiemnastolatków po osoby przed siedemdziesiątką. Najwięcej z Podbeskidzia. Ale i z Warszawy, Szczecina, Dąbrowy Górniczej, a nawet Stuttgartu. Wśród nich: studenci, emeryci, lekarz, położna, policjantka, ksiądz, ratownik i przedstawiciele wielu innych profesji.

I jeszcze: szczęśliwe małżeństwa, pary z nieco skomplikowaną historią, ktoś przygotowujący się do ślubu, dwudziestoparolatkowie mający swoje marzenia o mężu czy żonie. Osoby spełnione życiowo i zawodowo, ale i poszukujący swojej drogi. Uśmiechnięci, ale i przeżywający cierpienia i dramaty najbliższych. Pasjonaci gór i ci, którzy już dawno po nich nie wędrowali. Ci, którzy przyjaźnią się z Panem Bogiem od lat, i ci, którzy wciąż Go szukają.

Towarzysze drogi

Po raz jedenasty ks. Maciej Kornecki – obecnie wikary w parafii Opatrzności Bożej w Białej, na co dzień także ratownik GOPR – zabrał na wakacyjną górską pielgrzymkę kolejną ekipę. Jak zawsze zaczęli od wspinaczki na Szyndzielnię, potem odwiedzili sanktuarium Matki Bożej Królowej Beskidów w Szczyrku, a przez następne sześć dni wędrowali beskidzkimi szlakami – do celu, nocując w Węgierskiej Górce, na Rysiance, Hali Miziowej, Markowych Szczawinach i w Podwilku. Na starcie niemal się nie znali. Ale po tygodniu, kiedy rozdzwoniły się dzwony bazyliki w Ludźmierzu, gdzie w drzwiach witali ich ks. proboszcz Jerzy Filek i siostra urszulanka Danuta Lipińska, nie kryli łez. Uściski, gratulacje, podziękowania mówiły jasno: przyszła grupa, która doświadczyła wyjątkowej drogi.

Świat za dużo

Na Mszę św. w ludźmierskim sanktuarium założyli swoje wyprawowe koszulki ze specjalnie przygotowaną grafiką: w górskim profilu ukrywa się ludzka twarz. – Hasło każdej naszej pielgrzymki ma związek z górami, a równocześnie ma więcej znaczeń. Tegoroczne: „Wypełnieni Górą” też jest co najmniej dwuznaczne – wypełnieni Bogiem i wypełnieni górami, które mamy w sobie – tłumaczy ks. Maciek. – Punktem wyjścia w naszych rozważaniach były słowa z kazania, które kiedyś usłyszałem, że żyjemy w świecie, który można by scharakteryzować: „świat za dużo”. Wypełniamy się nie tym, co trzeba. Chcemy coraz więcej, natomiast to, co istotne, jakoś nam umyka. Zamiast zgłębić to, co mamy, wciąż próbujemy się zaspokajać. A tak naprawdę nie tędy droga… Uczestników pielgrzymki poprowadziły słowa Psalmu 1, a zwłaszcza jego trzeci wers, który mówi, że szczęśliwy człowiek to taki, który jest „jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą, które wydaje owoc w swoim czasie, a liście jego nie więdną”. Po co podejmować trud pielgrzymowania? W Ludźmierzu na Mszy św. ks. Maciek mówił uczestnikom wyprawy, że z jednej strony potrzeba wyruszenia w drogę, wyciszenia, zmierzenia się samemu ze sobą, ale też świadomości, że idziemy do Maryi, która nigdy nie uwierzyła w żadne kłamstwo diabła. – Mając głęboką łączność z Bogiem, będąc tak wypełnioną Bożą obecnością, precyzyjnie potrafiła określić, co pochodzi od Boga, a co nie. Prośmy Go, abyśmy byli tak wypełnieni Jego obecnością, byśmy jak najmniej dawali się uwieść podstępnym sztuczkom diabła; byśmy tak jak Ona potrafili pójść za głosem łaski; za tym, co daje większy pokój.

Niesieni

– To była „dziwna” pielgrzymka – uśmiecha się ks. Maciek. – Czuliśmy się „niesieni”. Wielu z nas mówiło, że tak lekko nie szło się im od dawna. Po raz pierwszy od 11 lat w ogóle nie padał deszcz. Spotykały nas zdumiewające zbiegi okoliczności. Kiedy szukałem miejsca na drugi nocleg, w Węgierskiej Górce, nie było łatwo – to była niedziela. Kto w weekend przyjmie tak dużą grupę na jedną noc? Pani Basia z „Azalii” była chyba czternastą osobą, do której zadzwoniłem. Najpierw odmówiła. Ale potem oddzwoniła. Nie dość, że nas przyjęła, to jeszcze nie chciała żadnych pieniędzy. Albo ostatni dzień – już w drodze z Podwilka do Ludźmierza. Szliśmy w nocy, by rano dotrzeć do celu. Jest tam taki odcinek, kiedy idzie się przez gęstwinę krzaków, potoki, młaki, błoto. Przez deszcze poprzednich dni z drogi dwumetrowej zrobiła się wąska ścieżka ze zwalonymi drzewami. Ciemno. Nie znam innej drogi. Ta, którą wybrałem, była wielką improwizacją. A okazało się, że wyprowadziła nas na jeden z najpiękniejszych widoków wschodzącego wśród mgieł słońca, jaki widzieliśmy. Kolejny raz okazało się, że Pan Bóg potrafi wydobyć dobro z każdego zła. Dla mnie to też mocne doświadczenie, że w życiu warto bardziej zawierzyć niż liczyć na własny plan. Jest się wtedy bardziej wolnym.

Naczynia

Wędrowali razem. Mieli czas na rozmowy i modlitwę – tę indywidualną i tę wspólną – szczególnie w czasie codziennej Mszy św. w górach. Wielu wspomina niezapomnianą adorację Najświętszego Sakramentu. Wieczorami dzielili się swoimi odkryciami wypełnienia Bożą obecnością. A całą wyprawę podsumowali po Eucharystii w Ludźmierzu. – Każdy z nas wypełnił się Górą w różnym stopniu. I nie patrzcie na to, kto jakie ma naczynie. Bo jedno będzie miało objętość dwudziestu litrów, a inne pięciu. Ważne jest jego wypełnienie – mówił im ks. Kornecki. Dla każdego bez wyjątku tydzień w tej wspólnocie, w górach, był czasem, o który trudno w dolinach. Wielu mówiło o wyjątkowej lekkości wędrowania w tym roku, o pokoju, jaki dała im Boża wędrówka, ale byli i tacy, którzy dzielili się tym, jak wielkim trudem było pokonywanie kolejnych szczytów. – Myślałem, że jestem za brudny dla was. Ale przyjęliście mnie z takim zrozumieniem, że do dziś nie mogę tego ogarnąć – mówił jeden z uczestników wyprawy. – Rozmowy z każdym z was utwierdzały mnie w tym, że każdy z was jest wyjątkową indywidualnością, że ta Góra jest w każdym z was. – Przyjechałam do Bielska w przekonaniu, że jesteście przynajmniej poziom wyżej ode mnie w przyjaźni z Panem Bogiem. Myślałam, że będę się czuła gorsza. A to, co się wydarzyło, rozmowy z wami, wasze świadectwa, wasz kontakt z Bogiem spowodowały, że dziś jestem pewna: nawet jeśli jestem na innym niż wy poziomie, to nie znaczy, że nie jestem godna przyjaźni z wami i z Bogiem. Wiem, że nie muszę mieć żadnych obaw, żeby do Niego przyjść – dodała inna uczestniczka. – Wcześniej obawiałam się o to moje małe naczynie. Dziś wiem, że nie jego wielkość jest ważna… Żadne wakacje w moim życiu, w kraju czy za granicą, nigdy nie dały mi tyle, ile ten tydzień z wami… – Zastanawiałam się, czy ja będę do was pasować. Ale zobaczyłam świat, który „normalnie” nie istnieje. Wasza troska o mnie, troska nas wszystkich wzajemnie o siebie, codzienna pomoc w każdej sytuacji, szybko zweryfikowała moje obawy – podkreślała inna pątniczka. – Nigdy nie było u mnie super z wiarą. Może wreszcie się nawrócę, bo ten tydzień mi pokazał, że mogę być bardziej otwarta na Obecność – na Niego, na… Pana Boga – to jeszcze jeden głos.

Inny świat

– Pogłębiła się moja wiara w młodych ludzi – uśmiechała się jedna ze starszych uczestniczek. – Tyle się o was źle mówi, a tu zobaczyłam zupełnie inny świat ludzi, którzy potrafią oddać się Bogu w codzienności. To było bardzo budujące. Mimo różnicy wieku wszyscy tu czuliśmy się młodzi. – Jestem mamą. Wielu uczestników było w wieku moich dzieci, ale z nimi nie rozmawiałam o wielu sprawach, o których tu mówili mi młodzi. To też bardzo ważne dla mnie: ten czas pozwoli mi lepiej zrozumieć moje własne dzieci – dodała inna. – To działa i w drugą stronę – uśmiechała się reprezentantka młodych. – Rozmowy z wami pomagają nam w naszych kontaktach z naszymi rodzicami w dolinach. Wiemy, co możecie czuć, jak was zrozumieć. – Miałam dobry rok. Szłam, żeby dziękować. Wśród was nie brakowało osób, które niosły różne problemy, cierpienia – swoje i innych. Pokazaliście mi, że mimo takich trudnych przeżyć można iść tak dzielnie do przodu. Dziękuję wam za to – zwróciła uwagę jeszcze jedna z uczestniczek. – Szłam głównie dziękować Panu Bogu. To był dla mnie bardzo dobry czas – i na zatrzymanie się, i na pośmianie się w świetnym towarzystwie. Czułam się, jakbym była tydzień na dobrym weselu, z którego nie chce się wracać – uśmiechała się kolejna pątniczka. – Takiego świata, w jakim żyłem przez ten tydzień, nie spotykam na co dzień – podkreślił jeden z mężczyzn. – Każdy z was przekazał mi coś cennego. Warto o tym wszystkim mówić innym.

Inwestuj w piękno

– Kościół, jaki tu stworzyliśmy przez ten tydzień, to był taki Kościół, jaki był pierwotnie – wspólnota, która chciała żyć miłością, Ewangelią. Gdybyśmy pobyli ze sobą jeszcze tydzień, to pewnie zaczęlibyśmy się sobą nudzić, może nawet denerwować. Ale nie chciałem, żebyśmy tu „lecieli po uczuciach” – mówił ks. Kornecki. – Chciałem, żebyśmy szli w tym kierunku, żeby cieszyć się pięknem górskiej przyrody, górskiego świata. To piękno ma nas uczulić na wrażliwość – to jest jedna z cech sumienia. A sumienie jest głosem Boga w człowieku. Im bardziej inwestujesz w piękno, im bardziej uczestniczysz w świecie piękna, tym bardziej stajesz się wrażliwy, również na Bożą łaskę. Wypełniajcie się tą Góra nie tylko przy okazji pielgrzymki. Sposoby, jak to robić samemu, poznawaliście w drodze…•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama