Nowy numer 43/2020 Archiwum

Jonasze powiedzieli „tak”

Odkąd się poznali, on zwraca się do niej: Zosieńko, ona do niego: Adasiu. – Nawet gdyby chciało się wyrzucić jakąś złość, to te słowa zamykają takie możliwości – śmieją się Zofia i Adam Jaroszowie, nowa para diecezjalna Domowego Kościoła, rodzinnej gałęzi oazy.

– Zaczęliśmy się im przyglądać. Trafiliśmy na rekolekcje ewangelizacyjne – takie z projekcją filmu „Jezus”. To było niesamowite doświadczenie spotkania z żywym Bogiem, prowadzone przez wspaniałego kapłana, ks. Bogusława Mielca – do dziś jesteśmy mu wdzięczni za tamten czas. Jezus – nasz osobisty Pan i Zbawiciel – zaprosił nas do pójścia za Nim bez oglądania się za siebie. Zrobiliśmy to. Na kolejne trzy lata zatrzymali się na Leszczynach. Ich animatorami była późniejsza para diecezjalna, Henryk i – dziś już świętej pamięci – Krystyna Brzóskowie. – Przeżyliśmy I i II stopień rekolekcji i stwierdziliśmy, że się nasyciliśmy na tyle, że czas wrócić z tym dobrem do siebie – kontynuują. – Dołączyliśmy najpierw do kręgu małżonków w sąsiedniej parafii św. Maksymiliana w Oświęcimiu, a po jakimś czasie udało się utworzyć także pierwszy krąg w naszej salezjańskiej parafii. Dziś mamy w niej jeden młody pięciorodzinny krąg i nasz, tworzony przez trzy małżeństwa – jedno z racji wieku nie jest już stałym członkiem, ale wciąż jest z nami na wszystkich spotkaniach. Jaroszowie mają czwórkę dzieci: najstarszy syn Paweł z żoną Asią – małżonkowie z sześcioletnim stażem – od czterech lat są także w DK. 26-letnia Magda od kilku tygodni jest szczęśliwą żoną Kamila. W domu są jeszcze 19-letnia Marta i 14-letni Michał.

Jak ten Jonasz

– Jeszcze niedawno czuliśmy się jak Jonasz we wnętrznościach ryby – uśmiechają się Jaroszowie. – Uciekaliśmy od posługi pary diecezjalnej już od… końca lat 90. ubiegłego wieku… Kilkanaście lat temu poprosił nas o tę posługę ks. Jerzy. Akurat wtedy staraliśmy się o czwarte dziecko. Ks. Jerzy tylko spojrzał i śmiał się: „Żeby nie być parą diecezjalną, to jesteście zdolni nawet dziecko sobie zafundować”. Ale to nie był ucieczka. Mieliśmy swoje przymierze z Panem Bogiem jeszcze z czasów narzeczeństwa. Kiedy planowaliśmy naszą rodzinę, myśleliśmy o czwórce dzieci – jeśli tak Pan Bóg widzi naszą historię życia. 14 lat temu urodził się Michał. Kiedy miał trzy lata, temat wrócił. Znów przyszła do nas kolejna para diecezjalna. A my… że Michał taki mały i że w pracy tyle nowych obowiązków. Nie, to nie był ten czas. Za kolejne trzy lata i kolejne trzy znów odwiedzały nas kolejne pary z prośbą o podjęcie tych obowiązków, a my ciągle mieliśmy jakieś wytłumaczenia. W końcu przyjechali Anita i Krzysztof. – Czułam się jak Jonasz i myślałam: kimże my jesteśmy, żeby Panu Bogu ciągle mówić „nie” – opowiada Zosia. – Patrząc po ludzku, to naprawdę najmniej odpowiedni moment na nowe obowiązki: mamy wnuczęta, chorych rodziców, czujemy, że jesteśmy coraz starsi. Kompletnie nie wyobrażamy sobie tej posługi, ale powiedzieliśmy: „Tak. Z pokory i ogromnej wdzięczności wobec Ciebie, Panie Boże, bo tak nam błogosławisz, aczkolwiek byłoby lepiej, żebyś kogoś innego posłał”.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama