Nowy numer 25/2022 Archiwum

Aniołowie zabrali ją do nieba

Krysia Marysia z Zamku. Kiedy przeczytała, że ojciec Joachim Badeni, jej przyrodni brat, umarł w opinii świętości, rzuciła: „Hm. Ja w dzieciństwie świętego okładałam poduszkami. I teraz się zastanawiam: czy ja świętego prześladowałam, czy przyczyniłam się do jego świętości...?”.

Cukier i sól

Nocami długo pracowała, czytała prasę i książki. Nie potrafiła spać mocno. Budziła się koło trzeciej, wpół do czwartej. Toaleta i o wpół do piątej – śniadanie: tosty z serem, szynką drobiową, miodem oraz dżemem. I jajecznica. Siostry przygotowywały ją z dwóch białek i żółtka. I mieszana herbata: z melisy, zielona i owocowa. Uwielbiała steki, kotlety, frytki, zieloną sałatę. Nie cierpiała pomidorów i zupy pomidorowej. Zawsze musiał być deser: bezy z bitą śmietaną (czasem podmienianą przez opiekunki na jogurt owocowy). Cukier i sól mogła jeść łyżeczkami. I nieraz potrafiła przechytrzyć wszystkich, żeby je przemycić do swojej sypialni w wielkich ilościach. Obiad celebrowała, nie można było jej popędzać. Miała ograniczone ruchy rąk, więc kolejny kęs można jej było podać, kiedy podnosiła palec. Przeciągała obiady, bo kochała towarzystwo.

Dzień ostatni, 2 października

– W ostatnich tygodniach była osobą bardzo promienną i radosną – opowiada Elżbieta Smolnicka. – Żyła swoim dzieciństwem. Była wtedy taką Krysią Marysią. Po śniadaniu uwielbiała śpiewać: „Pije Kuba do Jakuba” i „Jeszcze jeden mazur dzisiaj”. Wczuwała się w rolę zakochanej panny Krysi, którą do tańca prosił młody ułan. Wspaniale było patrzeć, jaka jest szczęśliwa... Byłam u niej całą noc z 1 na 2 października – opowiada pani Bernadeta. – Jasieńka Suchonek wyszła około 22.30. Dużo się śmiały. O drugiej księżna czytała jeszcze książkę. Zdrzemnęła się, ale tak po trzeciej widziałam, że światełko się pali. Przywitałyśmy się. O wpół do piątej zjadła śniadanie. Położyła się. Pomyślałam – koło ósmej pójdę po prasę. Przyszedł do niej Mruczuś. Modliła się. Nagle mówi: „Coś się ze mną dzieje”. Paliło ją w klatce piersiowej. Złapałam za telefon. Podniosłam oparcie i zadzwoniłam po doktora. Byłam zdenerwowana. Przecierałam jej twarz. „Księżno, proszę głęboko oddychać, doktor już jedzie” – mówiłam. Podałam dwa razy nitroglicerynę. Kiedy doktor był w drzwiach, wyszło z niej takie cieniusieńkie westchnienie... Wszystko trwało 15 może 20 minut. To było w święto Aniołów Stróżów. To pewnie oni zabrali ją do nieba... Poszerzoną wersję tekstu można przeczytać w internecie na: www.bielsko.gosc.pl

« 2 3 4 5 6 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama