Nowy numer 21/2018 Archiwum

Kuraś zwariował?

– Urodziłem się na Alphie w Wadowicach 19 marca 2017 roku – opowiada Krzysztof Kurek. – A rodziłem się przez pięć lat. To był trudny poród… Ponad 30 lat siedziałem w zakładach karnych. W Oświęcimiu ludzie z przestępczego świata straszyli się mną nawzajem.

W 300-letniej historii kościoła św. Marcina w Jawiszowicach takiego ślubu nie było na pewno! 30 grudnia 2017 roku o 15.00 „tak” powiedzieli tu sobie Iwona i Krzysztof Kurkowie.

Przetrwać

Oświęcim. Kilkadziesiąt lat wcześniej. Krzysiek, jeden z czworga rodzeństwa, trafia do domu dziecka. – Byłem trudnym dzieckiem. Ojciec zginął, kiedy miałem 8 lat. Mama nie dawała sobie ze mną rady – opowiada. – W szkole też były ze mną problemy. Trafiłem do domu dziecka. A tam – na podobnych mi kolegów. I zaczęło się: włamania do sklepów, domów, instytucji. Potem poprawczak. I tam się skończyło dzieciństwo. Umiejętność rozróżniania dobra i zła znikła zupełnie. Musiałem być agresywny, żeby przetrwać. Kiedy miałem 18 lat, pierwszy raz trafiłem do więzienia – za włamanie i „czynną napaść na funkcjonariusza”. Wychodziłem i szybko wracałem: za napady, porwania zakładników, usiłowanie zabójstwa, wyłudzenia, „odzyskiwanie długów”. Przestępstwa zagrożone wyrokami wówczas do kary śmierci, dziś – dożywocia. Jak mówi: – Byłem człowiekiem do wynajęcia dla grup przestępczych. Agresywnym i skutecznym. Przyjeżdżali do mnie ze Śląska, z Polski centralnej, żeby załatwić jakąś sprawę między sobą. Porywałem człowieka i wymuszałem na nim to, czego oczekiwali.

Często dokonywałem samookaleczeń, żeby wyjść „na wolność” i „załatwić jakąś sprawę”. Parę lat temu zrozumiałem, co to jest wolność. Moja wolność była większym więzieniem niż zakład karny. Bo „na wolności” byłem uzależniony od kolegów, od alkoholu, narkotyków, pieniędzy, seksu, hazardu. W sumie Krzysztof spędził w więzieniach 30 lat. Ostatni wyrok – 9 lat – dostał za usiłowanie zabójstwa. Wyszedł 14 lipca 2017 r. – sześć miesięcy przed końcem kary.

Mały bastion miłości

Był rok 1990. Krzysiek miał trzydziestkę. Wtedy poznał mamę kilkumiesięcznej Agnieszki. Pamięta do dziś chwilę, kiedy wziął dziewczynkę na ręce. Wkrótce związał się cywilnie z jej mamą. – Nie jest moim biologicznym dzieckiem, ale kiedy się do mnie przytuliła, to się zakochałem jak ojciec… To mnie zdumiało – zdawałem sobie sprawę, jaki jestem, a to dziecko przytuliło się do mnie z taką ufnością... Kocham ją wciąż jak własne dziecko. Agnieszka razem z mamą przez wszystkie lata regularnie odwiedzała Krzysztofa w więzieniu w Wadowicach. – Córka to był jedyny bastion miłości w moim życiu. Siedem lat temu któregoś miesiąca nie przyszła. Kolejnego również. Zacząłem się bać. W trzecim też – już dostawałem obłędu. Wiedziałem, że miała do czynienia z narkotykami. Dowiedziałem się, że pojechała na północ Polski. Znałem to środowisko jako centrum handlu ludźmi i seksbiznesu. Miałem kolegów ze szczytu przestępczości w Warszawie. Zwróciłem się do nich, żeby jej szukali. Nie znaleźli. Byłem człowiekiem niewierzącym, naśmiewałem się z ludzi, którzy wierzyli. Ale wtedy wstawałem o trzeciej w nocy i błagałem Boga: „Jeśli jesteś, zabierz to moje życie, żeby ona mogła żyć szczęśliwie”. I Pan Bóg mi to życie zabrał. Ale nie tak, jak sobie wtedy wyobrażałem.

Wystraszyłem się

Po pół roku przyszedł list od Agnieszki. Z więzienia. – Trafiła tam za groźby karalne, bo kogoś postraszyła tatą. I zapomniała mi dać znać, że żyje. Ale tego dnia cieszyłem się jak szalony, że moje dziecko jest w więzieniu – bo wiedziałem, że żyje! Od tego dnia Pan Bóg zaczął zmieniać wszystko. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to On. Do tej pory żyłem tak, żeby się mnie wszyscy bali: spięty, pochmurna twarz. Bo wtedy nikt nie zaczepia, ma się autorytet więzienny. Pan Bóg zaczął to zabierać. Agresja zaczęła znikać, zacząłem się uśmiechać. Wystraszyłem się, co się ze mną dzieje. Poszedłem do psychologa, do psychiatry. Z każdym dniem czułem większy spokój. Zniknęły myśli o zemście. Mogłem przebaczyć wszystkim, wobec których czułem jakąkolwiek urazę. Zauważyłem, że rozmawiam normalnie z ludźmi. Funkcjonariusze nie mogli uwierzyć w to, co się ze mną dzieje. Zacząłem pomagać ludziom. Pan Bóg dał mi dar rzeźbienia w drewnie. Kiedyś nie potrafiłem narysować nawet pudełka od zapałek i usiedzieć w miejscu 10 minut. A tu nagle – spokój. W sali twórczości własnej zacząłem uczyć innych. Pamiętam, że był tam taki napis, cytat z papieża: „Jesteście skazani, ale nie potępieni”. – Nawet na wolności mówili o mnie „Kuraś zwariował” – śmieje się dziś Krzysztof. Niedługo potem napisał list do starosty wadowickiego. – Żeby wykorzystali tę naszą pracę jakoś. Zaczęliśmy tworzyć na aukcje dla szkół. Skontaktowała się z nami grupa wolontariacka „Wygrajmy razem”. Robiliśmy dla nich rzeźby, które trafiały na licytacje, kiermasze, a dochód był przekazywany na leczenie dzieci, na wakacje dla maluchów z ubogich rodzin. Zegar dla fundacji Ewy Błaszczyk zrobiłem, rzeźbę dla papieża Franciszka, inną do kaplicy Konfederatów Barskich na Jasieniu.

Jakieś oszołomy

– Dwa lata temu przyszedł do mnie KO-wiec, major. Mówi: „Krzysiek, chcesz iść na Alphę?”. To ja: „Nie idę, bo to pewnie jakieś kolejne oszołomy”. Szukałem jakiejś wspólnoty chrześcijańskiej. Różne przychodziły, ale żadna mi nie odpowiadała. Byłem jednak ciekawy. Zawołałem młodych chłopaków, którzy na tę Alphę poszli, i pytam, jak tam, o czym mówią. Zainteresowało mnie to i poszedłem sprawdzić. Zobaczyłem ludzi prawdziwych, bardzo radosnych, otwartych, uśmiechniętych, którzy mówili o Jezusie w normalny sposób. Nie atakowali wiarą; można było się swobodnie wypowiadać. I to mnie przekonało. Poszedłem do spowiedzi. Po raz pierwszy od czasu całkiem zapomnianej Pierwszej Komunii. Po tej spowiedzi wszystko ze mnie zleciało. Najbardziej dziękuję Panu Bogu za wyrzuty sumienia. To jest najbardziej wartościowy dar, żeby człowiek wiedział, co jest dobre, a co złe. Jak opowiada Krzysiek, przez Alphę zaczął się zbliżać do Pana Boga. – To było podczas jednego z ostatnich spotkań. 19 marca 2017 r. Modlitwa o uzdrowienie i wylanie Ducha Świętego. Modliła się nade mną Ania. Podczas tej modlitwy doznałem takiego oczyszczenia, że mogłem wybaczyć. Znałem takiego jednego chłopaka, któremu nie umiałem wybaczyć za nic na świecie. Próbowałem – paczki mu robiłem, pieniądze dawałem, mówiłem, że nic do niego nie mam, ale gdzieś to we mnie głęboko siedziało. Nie słyszałem, ale fizycznie czułem, co Ania mówiła – jakby na moim ciele drukowała tę modlitwę, jakby mi ktoś tatuaż robił – czułem słowa o miłości, o tym, że jestem dzieckiem Pana Boga, że Pan Jezus mnie kocha, że mnie zbawił i ocalił. Wtedy wszystko ze mnie zleciało i wiedziałem, że z Panem Jezusem pójdę wszędzie. Wstałem i powiedziałem wszystkim, że Pan Jezus jest moim Panem, że ocalił moje życie i zbudował zupełnie nowego człowieka z takiego, którego wszyscy przekreślili i o którym mówili, że taki już będzie i taki umrze. Od najmłodszych lat żyłem jak na łańcuszku szatana. On mną kierował, cały czas miał do mnie szeroki dostęp. Przez całe życie byłem jego niewolnikiem. A tego dnia Pan Bóg zrobił sobie w moim sercu piękny dom. Pan Bóg powyjmował ze mnie to całe zło i zaczął wkładać to, co dobre.

Nic się nie traci

Krzysztof mówi z przekonaniem: – Całe życie żyłem z krzywdy ludzkiej. Nie miałem żadnych wyrzutów sumienia. A tu nagle zaczęło się wszystko zmieniać. Sam nie byłbym tego w stanie zrobić. Cały czas się zastanawiałem – co jest grane? Ja bardzo kocham i lubię ludzi, każdemu chcę pomagać, zwłaszcza tym, którzy są uważani za gorszych. Nie patrzę już na nikogo jak na wroga czy ofiarę, ale jak na człowieka – podkreśla. Tego, co działo się z Krzyśkiem, nie rozumieli inni skazani – pamiętali, kim był. Ale miał ich szacunek. Stał wysoko w więziennej hierarchii, bo nigdy nikogo nie wydał. Jeśli ktoś mógł być dla nich wiarygodny, to na pewno ktoś taki. – Ludzie się boją, że kiedy oddadzą swoje życie Panu Bogu, to stracą to czy tamto. Ja wiem, że nic się nie traci. Pan Bóg zabiera, owszem, ale tylko to, co jest złe. A daje prawdziwą wolność. Krzysztof wyszedł sześć miesięcy przed końcem wyroku. – Obiecałem kolegom, że jutro wrócę. Nie wierzyli. 15 lipca byłem u nich z ekipą Alphy z powrotem. I chodzę tam co tydzień. To ich ujęło. Ja jestem pewien – jeśli mnie, człowieka zupełnie upadłego, Pan Bóg wyciągnął, to wyciągnie każdego. Tylko powiedz: Panie, oddaję Ci wszystko, bo nie radzę sobie z niczym. Długo nie mogłem poradzić sobie z boskością Jezusa. Bo kim był? Chodził po ziemi i mówił, że jest Bogiem. Dopiero na Alphie zrozumiałem… Odczułem fizycznie tę miłość Pana Jezusa, to, co dla mnie osobiście zrobił. Tę pewność dostałem za darmo i chcę to oddać. Nie mogę tego zachować dla siebie, bo byłbym złodziejem.

To mi wystarczyło

Jeszcze w więzieniu Krzysiek modlił się o żonę, o rodzinę. Wkrótce po wyjściu z więzienia spotkał Iwonę, którą znał z dawnych lat. – Byłem pewien, że Iwonkę dał mi Pan Bóg, kiedy po wyjściu z więzienia zaczęły się problemy. Nie miałem gdzie mieszkać, raz grubo zapiłem. Pojawiała się pokusa nieuczciwego zarobienia dużych pieniędzy. Iwonka powiedziała mi wtedy: „Krzysiek, ty się cofasz…”. To mi wystarczyło. Niedługo potem pojechali razem na rekolekcje do Lanckorony. Tam Iwona przeżyła mocno modlitwę o wylanie Ducha Świętego. Potem byli na rekolekcjach Krucjaty Wyzwolenia Człowieka w Kalnej. Razem odwiedzali zakłady karne w wielu miastach Polski, dawali świadectwo na kursach Alpha. W końcu Iwona przeżyła swój kurs, w Kętach. – Wiem, że Alpha zrobiła w moim życiu więcej niż 30 lat resocjalizacji – podkreśla Krzysiek. – Nie wstydzę się, nie kryję z moją wiarą. Będę mówił o tym, co Pan Bóg zrobił w moim życiu, wszędzie. Skazani nie boją się mówić o tym, jacy są źli, a wstydem jest powiedzieć, że jest się dobrym. Krzysztof znalazł pracę w prywatnej firmie. Po jego rzeźby ustawiają się kolejki. Planuje też stworzyć spółdzielnię pracy dla wykluczonych. Rozwiązał się nawet problem z mieszkaniem – kiedy mogli wrócić do oświęcimskiego mieszkania Krzysztofa, czekał ich generalny remont. We wszystkim pomogli przyjaciele z Alphy. To także dzięki nim udało się zorganizować ślub i wesele w Jawiszowicach. Przyjechali uczestnicy Alphy z całego regionu. – Idziemy razem tą samą drogą – mówią małżonkowie. – Razem się modlimy, razem czytamy Ewangelię. Modlitwa ma moc. Wiemy o tym. Zły bardzo się boi modlitwy.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma