• facebook
  • rss
  • Piechurzy Królowej

    Urszula Rogólska

    |

    Gość Bielsko-Żywiecki 38/2017

    dodane 21.09.2017 00:00

    Dla jednych nowy rok zaczyna się 1 stycznia, dla innych z pierwszym dzwonkiem – 1 września. Dla Kamila Bierskiego data nowego roku od siedmiu lat jest ruchoma.

    Przypada zawsze wtedy, kiedy zaczyna się górska pielgrzymka z Bielska-Białej do Ludźmierza. – Odważni, waleczni, wytrwali – mówi o nich zdecydowanie ks. Maciej Kornecki, do niedawna wikary w Starym Bielsku (dziś pracuje w parafii św. Macieja w Andrychowie) i ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR. Przed siedmioma laty zaproponował grupie młodzieży „królewską wyprawę” – górską pielgrzymkę z Bielska-Białej, przez sanktuarium Królowej Beskidów w Szczyrku na Górce do Ludźmierza – do Królowej Podhala.

    Przemiana i zmiana

    Każdy uczestnik od początku wie, że łatwo nie będzie: całą trasę trzeba pokonać na własnych nogach, z plecakami, dźwigając swój bagaż, a także prowiant na śniadania i kolacje. Nie są grupą hermetyczną. Co roku może dołączyć do nich każdy, kto jest gotów na sześciodniowy wysiłek. Ramię w ramię idą gimnazjaliści, licealiści, studenci, młodzi, którzy już pracują. Zaczynają najczęściej jako grupa mniej lub bardziej znających się osób, a u celu są wypróbowaną w trudach ekipą, w której każdy może liczyć na drugiego. Przez sześć lat trasa się nie zmieniała: wędrowali przez Szyndzielnię do Szczyrku i dalej, trawersując Skrzyczne, przez Beskid Żywiecki – Glinne, Rysiankę, Halę Miziową, Markowe Szczawiny pod Babią Górą, Podwilk – do celu, do Gaździny Podhala w Ludźmierzu.

    – Przed rokiem uczestnicy pielgrzymki zasugerowali zmianę trasy. Było więc nieco inaczej – tłumaczy ks. Kornecki. – Trasa widokowo była o wiele bardziej atrakcyjna, jednak pod kątem trudności – o wiele bardziej wymagająca. Piechurzy pokonali najpierw 200 km autokarem – z Bielska do Krynicy Górskiej, a stamtąd ruszyli przez Jaworzynę Krynicką, Halę Łabowską, Przehybę, Lubań i Turbacz, by po pokonaniu 115 km dotrzeć do Ludźmierza. W tym roku grupa liczyła 21 osób. Wraz z nimi i ks. Maciejem wędrował także ks. Marek Śladowski z archidiecezji krakowskiej, który będąc również ratownikiem GOPR, służył wielką pomocą organizatorowi wypraw. – Jestem wdzięczny Markowi za otwartość, normalność, prawdziwe człowieczeństwo i za to, że potrafił w jasny sposób dzielić się życiowym doświadczeniem z młodzieżą – podkreśla ks. Maciek.

    Czas leci wolniej

    Weteranem wypraw jest Kamil Bierski, który uczestniczył w każdej górskiej pielgrzymce. – Udział w tej pielgrzymce jest dla mnie tak logiczny i oczywisty jak mało co. Bez tego nie da się żyć – uśmiecha się Kamil. – Dla jednych rok się zaczyna 1 stycznia, a dla mnie zawsze wtedy, kiedy wyprawa rusza w drogę. To czas, kiedy wszystko mogę przemyśleć na spokojnie, zatrzymać się nad tym, nad czym w dolinach nie mam szans. A czas leci wtedy wolniej. Nie ma internetu, nie ma cywilizacji. W górach jesteśmy oddaleni od zgiełku dolin… Kamil, zaprawiony w górskich bojach, nie kryje, że i dla niego tegoroczna trasa była dużo bardziej wymagająca. – To było wyzwanie. Wysiłek nieporównywalny z poprzednią trasą. Trzeba było bardziej spokornieć. Codziennie byliśmy kilka, a nawet kilkanaście godzin w trasie. Najbardziej wymagający był dla mnie dzień, w którym szliśmy na Turbacz. Dwanaście godzin wędrówki… Najlepszy dzień? Ten, w którym po ciężkim dniu doszliśmy do bazy namiotowej na Lubaniu. Nocleg tam był najpiękniejszym noclegiem na świecie. Czekała na nas jeszcze jedna nagroda – piękny widok ze stojącej tam wysokiej wieży.

    Spoglądając z góry

    Po raz drugi z ekipą wyruszyła Natalia Piątek, do czerwca gimnazjalistka KTK, dziś uczennica VIII LO w Bielsku-Białej. – Nawet jeśli przez ten cały rok nie mieliśmy okazji się spotkać, to w chwili kiedy się znowu zobaczyliśmy, wszystko odżyło – opowiada Natalia. – I wtedy sobie uświadomiłam, jak tęskniłam za tym „resetem”, rozpoczęciem wielu spraw od nowa; za tą rodzinną atmosferą, czasem, kiedy jestem sam na sam ze sobą, z Panem Bogiem, z naturą i jej pięknem, ale i ze wspaniałymi ludźmi, którzy są wsparciem zawsze, a szczególnie wtedy, kiedy nam najtrudniej. Wśród uczestniczek była moja dobra koleżanka z gimnazjum, która szła po raz pierwszy. Na wyprawie odkryłyśmy w naszej relacji prawdziwą przyjaźń. Odkryłam, że mamy wspólny język, że dzięki tej wyprawie nasza relacja zbudowała się na nowo. Każdy dzień zaczynał się o świcie. Był czas na modlitwę, czasem poranną, innym razem wieczorną Mszę św., wspólny Różaniec po drodze i wiele czasu na osobiste przemyślenia. – Duchowy wymiar tej wędrówki jest bardzo wyraźny – dodaje Natalia. – Już na początku dostajemy od ks. Maćka modlitewnik, który nam towarzyszy każdego dnia. Na takiej wyprawie dużo łatwiej dostrzec, jak wiele dostaliśmy od Pana Boga, jak wielka jest Jego miłość. Na wszystko, co wydało się nam problemem, można spojrzeć z góry. Wieczorami, kiedy przychodziliśmy do celu, spędzaliśmy razem czas grając na gitarze i śpiewając. Dla Natalii także dzień wędrówki na Turbacz był tym najtrudniejszym. – Kiedy pytaliśmy ludzi po drodze, czy daleko do celu, słyszeliśmy: „Niech pani nie pyta, bo pani zawróci” – śmieje się Natalia. – Jestem dumna i szczęśliwa, że pokonałam całą trasę. Teraz nic już nie wydaje mi się trudne i niemożliwe do pokonania…

    Nic do stracenia!

    Iwona Migalska wędrowała z grupą po raz pierwszy: – Długo decydowałam się na udział w tej pielgrzymce. Najpierw przeszkodą była nieśmiałość, potem różne sprawy zdrowotne. Jednak kiedy co roku czytałam wypowiedzi młodych uczestników, pragnienie wędrowania z tą grupą było coraz większe. Kiedy teraz ks. Maciek zaprosił nas, parafian ze Starego Bielska, do udziału, stwierdziłam: nie mam nic do stracenia, idę! Żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej! Iwona studia ma już za sobą, pracuje. Mówi, że chyba była najstarszą wiekowo uczestniczką wyprawy. – Ale młodsi w żaden sposób nie dawali mi odczuć tej różnicy. Urzekły mnie ich pasja, otwartość, życzliwość, przyjazne gesty. Choć było męcząco, każdy dzień był dla mnie piękny. A zachodów słońca – zwłaszcza tego na Turbaczu – na pewno nie zapomnę!

    I czekamy

    – Finał w Ludźmierzu to taki dzień pełen sprzeczności – podsumowuje Kamil Bierski. – Z jednej strony powinniśmy się cieszyć, bo jesteśmy u celu, koniec wysiłku… A z drugiej – bardzo nie chcieliśmy schodzić z gór. Nie chcieliśmy, żeby ten dzień tak szybko przeszedł, żeby pielgrzymka się kończyła. Bo nazajutrz już nie ma wędrówki, nie ma tej niesamowitej atmosfery. I znów czekamy rok… Duszpasterze, którzy wędrowali z młodzieżą, podkreślają, że każda wyprawa otwiera na Boga, na wartości, na piękno i drugiego człowieka – rodzą się piękne relacje i przyjaźnie. Myśleli o tym, kiedy stanęli przed Gaździną Podhala – na Mszy św. w Godzinie Miłosierdzia. W pamięci mieli także parafian ze Starego Bielska, GOPR-owców i wszystkich dobroczyńców, dzięki którym wyprawę można było zorganizować.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół