• facebook
  • rss
  • Ona, lekarka i leśnik

    Urszula Rogólska

    |

    Gość Bielsko-Żywiecki 24/2017

    dodane 15.06.2017 00:00

    Nigdy nie wiadomo, kogo przyprowadzi tu Ta, która czuwa nad nimi od ponad 70 lat.

    Ciasto dla gości musi być. W sobotni wieczór jego zapach niesie się po całej okolicy domu Anny i Benedykta Samolów w Świętoszówce. Także tam, gdzie stoi grota, nad którą wiosną kwitnie pomarańczowa azalia.

    Operowe spotkania

    Co można podarować nowożeńcom w prezencie ślubnym? Prezent, który Luiza i Wincenty Samolowie z Książenic koło Rybnika dostali w 1935 roku, nawet na ówczesne czasy był oryginalny. Dostali… niemal metrową figurę Matki Bożej z Lourdes. Dziś stoi ona w grocie wybudowanej przez syna Samolów Benedykta i jego żonę Annę, w ich ogrodzie obok domu w Świętoszówce. Nie bez przyczyny nazwali ją Matką Bożą Ratującą… Choć nie ma o niej szerszej informacji na żadnej stronie internetowej, w żadnej książce, wieści rozchodzą się pocztą pantoflową i kapliczka przyciąga ludzi – z nieraz mocno pokiereszowanym życiorysem – z różnych zakątków Polski, a nawet Europy. Ich spotkania z Maryją dokumentuje skrupulatnie prowadzona kronika. Małżonkowie po raz pierwszy zobaczyli się w Bytomiu, kiedy mieli po 14 lat.

    Siostra Ani wychodziła za mąż. Benedykt był kuzynem pana młodego. – Powściągliwi byliśmy. Ja nie śmiałam patrzeć na niego, a on tylko ukradkiem zerkał na mnie – opowiada Anna. – Był bardzo kulturalny i uprzejmy. To był początek września. Rok 1958. Poprosił mnie, żebym z nim poszła do sklepu po przybory do szkoły. Oglądał te ekierki i cyrkle, i nic mu nie pasowało – bo pewnie już wszystko miał kupione! Bywał u swojego kuzyna, czyli męża mojej siostry. Kiedyś siostra mi mówi: „Szykuj się na wyjście do opery!”. Niczego nie podejrzewając, przyszłam w umówiony dzień. Patrzę, a tu stoi on. Poprosił moją siostrę, żeby kupiła bilety dla nas. I tak z powodu tej opery spotykaliśmy się. Każde z nich poszło do innej szkoły, potem na studia – on na leśnictwo we Wrocławiu, ona na medycynę w Śląskiej Akademii Medycznej. Kontakt na odległość nie ostudził uczucia. Pobrali się w 1969 roku. Jemu, leśniczemu, bliżej było do wsi, jej, lekarce – do miasta. Kiedy znaleźli ogłoszenie o maleńkim domku nauczycieli ze Świętoszówki na sprzedaż, Ania zapytała tylko, czy daleko z niego do kościoła, szkoły dla dzieci i sklepu. – Domek był dokładnie taki, jak malują dzieci na swoich pierwszych rysunkach. Wokół dziki, zarośnięty teren. Ale małżonek ostro zabrał się do roboty i kawałek po kawałku rozbudowaliśmy swój dom – wspomina Anna. – A zawsze był to dom otwarty! Zwłaszcza wtedy, kiedy nie mieliśmy drzwi i okien! – śmieją się oboje. – Dzieci spały w czapkach pod kilkoma kocami. Wznosząc mury domu, Benedykt zajął się także przyrodą wokół niego. Dziś zdobią go tak dobrane rośliny, że kwitną niemal cały rok. W zadbanym stawie na figle dzikich kaczek można patrzeć godzinami. Anna przyznaje, że ogród to zasługa męża: – Ja wyrywam tylko to, co mi na obiad potrzebne, i kwiaty do wazonu.

    Filmowa historia

    Do nowego domu trafił także niezwykły ślubny prezent rodziców Benedykta. – To historia nadająca się na film… – opowiada. – Był styczeń 1945 roku, kiedy wojska radzieckie były już w okolicy. Do leśniczówki niedaleko Książenic, w której mieszkaliśmy z rodzicami, przybyli pierwsi uciekinierzy z Auschwitz. Kobiety wynosiły dla nich jedzenie – wszystko, co miały. Za taką pomoc karano śmiercią. Następnej doby nie było już nic do jedzenia. Jednocześnie wszystkim nam groziło wymordowanie. Uciekaliśmy. Mama włożyła mnie do wózka razem z figurą Matki Bożej, a tato włożył pod pieluszki rewolwer. Była zima, mróz, śnieg. Od wschodu – silny ogień frontu. Przedzieraliśmy się do Książenic. Tam otoczyła nas konnica wojsk radzieckich. Zapytali, czy rodzice są partyzantami. Nie wiedzieli, czego się po nich spodziewać. Mama chwyciła mnie na ręce i mówi: „Matko Boska, w Twoje ręce się oddajemy!”. Cudem ocaleliśmy… Również Anna ma swoją historię z tego czasu. Kiedy w 1945 roku nadciągał front, przerażeni ludzie szukali schronienia. Mama Anny uciekała z dziadkami – rodzicami ojca. Rozdzielili się – babcia poszła ze swoją córką, a dziadek Anny z synową, czyli jej mamą i czwórką dzieci. Nagle pojawił się nad nimi samolot. Kobieta zdążyła wbiec do najbliższego opustoszałego domu. Kiedy na budynek spadła bomba, cała szóstka – z roczną Anią – została uwięziona w piwnicy. Przez miesiąc walczyli o życie w pomieszczeniu, w którym znaleźli jedynie ziemniaki i słoiki z kompotem. Jednak dziadek Józef nie tracił wiary – mówił, że ma potężnego patrona. Miał też różaniec zrobiony z rzemienia i węzełków. Nie rozpoznawali dnia ani nocy. Różaniec był jedynym ratunkiem. Znalezioną łopatą dziadek próbował przebić się na zewnątrz. Kiedy usłyszeli czołgi i rozmowy po rosyjsku, zaczęli wołać o pomoc. Trafili do radzieckiego szpitala polowego, potem do rodziny, która się nimi zaopiekowała. Do dziś Anna podkreśla: – Ocaleliśmy dzięki Matce Bożej i modlitwie różańcowej…

    Wotum w ogrodzie

    Kiedy oboje poznali swoje losy z pierwszego roku życia, nie mieli wątpliwości, Kim jest ich ratunek… Figura jeździła z rodziną Samolów wszędzie, gdzie pracował tata Benedykta – leśnik. W 2003 roku wybudowali dla niej grotę. Maryja stoi na kamieniu ze wzgórza Podbrdo z Medjugorja. Otaczają ją wmurowane w ściany groty kamienie z pielgrzymkowych miejsc, ważnych dla gospodarzy i ich rodziny. To miejsce jest ich wotum za uratowanie życia i hołdem dla poległych na frontach II wojny światowej. 22 sierpnia 2010 roku kapliczkę Matki Bożej Ratującej poświęcili: ks. Andrzej Szczepaniak – proboszcz parafii św. Bartłomieja w Grodźcu Śląskim, ks. Jerzy Kempa – kustosz sanktuarium Matki Bożej Opiekunki Środowiska Naturalnego w Bujakowie, i o. Marian Jankowski, franciszkanin z Górek Wielkich. – Sami nie wiemy, jak ludzie tu docierają, ale drzwi zawsze są otwarte. Nie trzeba się umawiać. Chętnie przyjmujemy każdego, kto przyjdzie, opowiadamy historię tego miejsca, zapraszamy do wspólnej modlitwy – mówi Benedykt Samol. – I razem z nimi dziękujemy Bogu i Matce Najświętszej, kiedy opowiadają, że tu wymodlili zdrowie, uwolnienie z uwikłań, ciężkich sytuacji życiowych. To także tu Anna i Benedykt przynoszą sprawy chorych, którymi opiekują się jako wolontariusze Hospicjum św. Kamila.

    Z hospicjum

    – Byłam lekarką w bielskim pogotowiu ratunkowym, kiedy usłyszałam od pielęgniarki Basi Garus o hospicjum. Dołączyłam do zespołu w drugim, może trzecim roku jego istnienia – mówi Anna. – Żona zrobiła ten pierwszy krok. Ja głównie dowoziłem ją wówczas do chorych – dodaje Benedykt. – Wtedy moja praca zawodowa w leśnictwie nie bardzo pozwalała mi bardziej się uaktywnić. Dziś odwiedzam chorych razem z żoną. Jestem też nadzwyczajnym szafarzem Najświętszego Sakramentu, więc jeśli chory wyraża chęć przyjęcia Komunii św., a miejscowy proboszcz wydaje mi zgodę, jadę także z tą posługą. – Początki nie były łatwe. Pamiętam, jak podczas jednej z pierwszych wizyt zostałam w nocy napadnięta niedaleko apteki, w której miałam wykupić leki dla chorego – kontynuuje Anna. – Grupa młodych ludzi wyrwała mi torbę, w której były dokumenty, recepty, stetoskop… Stałam i w bezradności modliłam się z całych sił. Po chwili zza rogu wyłonił się chłopak z moją torbą. Powiedział, że jest narkomanem, któremu kiedyś uratowałam życie… Najczęściej do chorych dojeżdżała autobusem – samochód był potrzebny do pracy mężowi. – Nieraz wizyty trwały do późna w nocy. Ale zawsze w jakiś cudowny sposób udawało mi się wrócić do domu – opowiada. – Kiedy wychodzę z domu, modlę się: „Panie Boże, wychodzę do chorych, proszę, zajmij się resztą. Ja jestem otwarta, pomóż mi we wszystkim…”. I On pomaga… Od lat dom Anny i Benedykta co roku jest także miejscem dorocznego, wiosennego spotkania wolontariuszy Hospicjum św. Kamila. Tu razem się modlą, biesiadują. U Matki Bożej Ratującej nabierają sił do codziennej posługi.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół