• facebook
  • rss
  • Wiem, że się nadajesz

    Urszula Rogólska

    |

    Gość Bielsko-Żywiecki 16/2017

    dodane 20.04.2017 00:00

    O papieskiej nominacji na pierwszego biskupa bielsko-żywieckiego i swojej posłudze z perspektywy 25 lat mówi biskup senior Tadeusz Rakoczy.

    Urszula Rogólska: Jak dziś Ksiądz Biskup wspomina moment, kiedy dowiedział się, że dostanie pod duszpasterską opiekę rodzinną diecezję?

    Bp Tadeusz Rakoczy: Z perspektywy 25 lat lepiej rozumiem cały przebieg realizacji mojego posłannictwa. Nie czułem się przygotowany i nigdy nie myślałem o tym, że ono mnie spotka. Przez lata współpracowałem blisko z Ojcem Świętym Janem Pawłem II na Watykanie. Ale czułem gorące pragnienie, żeby wrócić do parafii – niedużej, w której wszystkich będę znał i będę mógł dla nich więcej zrobić. Ale to się nie udało. Ojciec Święty się na to nie zgodził, a potem zostałem zamianowany biskupem. Nim do tego doszło, brałem udział w spotkaniu kilku biskupów i nuncjusza abp. Józefa Kowalczyka z Ojcem Świętym. Nuncjusz przedstawił projekt nowego podziału na diecezje. Zaskoczyło mnie, kiedy powiedział, że będzie nowa diecezja ze stolicą w Bielsku. Od razu zapytałem: a Żywiec gdzie będzie należał? Nawet trochę się temu sprzeciwiałem, bo byłem przyzwyczajony, że Żywiec był przy Krakowie. Wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, że będę pierwszym biskupem w nowej diecezji. Zupełnie nie czułem się gotowy, ani duchowo, ani intelektualnie. A z drugiej strony nie wyobrażałem sobie życia, gdybym odmówił papieżowi. Kiedy później rozmawiałem z Ojcem Świętym, usłyszałem tylko: „Ja wiem, że się nadajesz, a i inni tak uważają”. Uświadamiam sobie, że to, co stało się moim udziałem, jest dziełem Bożym w człowieku. Każdy etap mojej drogi na początku nie odpowiadał moim uczuciom i dążeniom, a równocześnie patrzę teraz, z perspektywy lat, jaka to jest łaska Boża – przy wszystkich ludzkich słabościach – kiedy człowiek jest posłuszny woli Bożej i realizuje to, co może. Dziękuję Bogu za to, co jest, i za to, że nie wycofałem się z żadnego tego etapu życia – tylko szedłem z trudnościami i radościami. Bo to wszystko jest wpisane w księgę życia…

    Były chwile radosne i trudne. Które jako pierwsze przychodzą na myśl?

    Radosny był już sam dzień mojej konsekracji, 26 kwietnia 1992 r. kiedy do Rzymu przyjechało tak wiele osób z odległych terenów mojej diecezji. Nie wyobrażałem sobie, że taka wielka życzliwość ze strony ludzi spotka mnie już na samym początku. I jeszcze jedno wspomnienie, tym razem z Bielska. Po maturze, nim wstąpiłem do seminarium, zadecydowałem, że chciałbym jakiś rok, dwa popracować fizycznie. Mój ojciec pracował w Bielskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego. Przez rok i ja tam pracowałem. Rano przyjeżdżaliśmy ciężarówką do Bielska, naprzeciwko dworca kolejowego i kiedy majstrowie szli do biura, my czekaliśmy na zewnątrz. Ja przychodziłem tutaj, gdzie dziś stoi kościół i kuria. Wówczas były tylko krzaki i błoto. Po latach przyjechałem w to samo miejsce, zobaczyłem kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, całą dzielnicę i uświadomiłem sobie, że jestem tutaj pierwszym biskupem. Było to dla mnie ogromne przeżycie. Pamiętam też pierwsze spotkanie z ks. Emilem Mroczkiem, budowniczym tego kościoła, potem kurii. Nie znałem go, a on ujął mnie serdecznym powitaniem. Poinformował mnie, że zamieszkam u niego, na plebanii. Powiedział to z taką życzliwością, że dodało mi to energii i ufności, że z pomocą Bożą pójdziemy naprzód. Kolejna radość: ta ogromna liczba ludzi na ingresie do katedry w Bielsku i szczególne zaskoczenie – policjanci w mundurach i ze sztandarem. Ja nie znałem jeszcze dobrze tej Polski – żeby policjanci i wojskowi tak oficjalnie, ze sztandarem stali w kościele... I jeszcze jeden obraz: obecność bp. Pawła Anweilera z Kościoła ewangelicko-augsburskiego. Wtedy nie wiedziałem, że aż tylu ewangelików mieszka na terenie Śląska Cieszyńskiego. Potem bardzo się z biskupem Pawłem zaprzyjaźniliśmy. Od początku znalazłem dobrą współpracę. Byłem świadomy pewnej różnicy w mentalności, kulturze i historii części krakowskiej i śląskiej diecezji bielsko-żywieckiej. Pamiętam taką humorystyczną sytuację, jak jeden ze starszych śląskich księży zastanawiał się, czy nowy biskup zabroni księżom nosić śląskie komże – są nieco inaczej uszyte niż krakowskie. Uśmiechnąłem się, że jeśli będziemy mieli tylko takie problemy, to jakoś szczęśliwie wytrzymamy. Nie było żadnego problemu. Piękne było to, że w codzienności wszyscy od początku współpracowali.

    Pamięta się chwile trudne?

    Nie brakowało ich od początku. Kiedy badałam statystyki ludzi praktykujących, zauważyłem, że bardzo ich ubyło tutaj od czasów mojej młodości. Do tego rosnąca liczba rozwodów, związków niesakramentalnych, problemy z młodzieżą i jeszcze nieuczciwość, walki polityczne. Zdawałem sobie sprawę, że coś trzeba z tym zrobić, żeby ukazywać właściwy kierunek. To, co mnie trzymało na duchu, to fakt, że choć zmniejszyła się liczba praktykujących, rosła liczba ludzi zaangażowanych w życie religijne i działalność wspólnot – tych tradycyjnych i tych nowych. Jeśli się sieje ziarno, to nie zawsze są owoce takie, jak byśmy chcieli, i nie zawsze one przychodzą w tym czasie, kiedy my chcemy, ale stopniowo jednak owoce są, nie brakuje ich. Popatrzmy, ile dzieje się dobra, wynikającego z ludzkich serc – miłości i miłosierdzia, patrzenia na potrzeby innych, tych, którzy są najdalej od nas. To jest prawdziwy Kościół – mniejszy, jeśli chodzi o liczebność, ale o wiele głębszy. To mi dodaje radości i do tego starałem się przykładać serce i ręce.

    Posługa biskupa to także spotkania osobiste. Które Ksiądz Biskup pamięta szczególnie?

    Tych osobistych, wzruszających spotkań było mnóstwo, szczególnie w czasie wizytacji. Ludzie zawsze zaskakiwali dużą pokorą, wiarą i mądrością. Mam tu słowa, które kiedyś, przed laty, wypowiedział do mnie jeden mały chłopak: „Jestem dzielny, więc mnie wysłali, bo inne dzieci nie mają odwagi, aby powitać Cię, Ekscelencjo, i prosić o błogosławieństwo. A ja się nie boję i idę chętnie, aby uściskać Cię mocno i pięknie. Bo jesteś zawsze taki kochany, dobry, troskliwy i wciąż roześmiany. Niosę więc kwiaty, za przyjazd dziękuję oraz modlitwę mą obiecuję”. Myślałem sobie wtedy: jeśli takie słowa wypowiedziałeś, to co z Ciebie wyrośnie. (śmiech)

    Od końca 2013 roku Ksiądz Biskup jest na emeryturze. Czy teraz udaje się znaleźć więcej czasu dla siebie?

    Odczuwa się już wiek. Wszedłem w osiemdziesiątkę, ale dzięki Bogu jest jeszcze trochę siły i na ile daję radę, można trochę jeszcze zrobić. Jest dużo uroczystości, w których biorę udział. Nie wyobrażam sobie, żeby nie być posłusznym woli Bożej i realizować swoje zachcianki. To, czym mogę jeszcze służyć, robię z radością i poczuciem natury mojego powołania, ale oczywiście jest tego dużo mniej. Odpoczywam, no nie muszę też już chodzić do biura i podejmować decyzji – najczęściej bardzo trudnych, bo dotyczących innych ludzi.

    W homiliach Księdza Biskupa chyba częściej niż kiedyś pojawia się słowo „kontemplacja”. Czy jest na nią więcej czasu?

    Oczywiście, że jest dużo więcej czasu, żeby wchodzić w głębię Tajemnicy. Choćby ta prawda, która wydaje się skończona i jasna: „Panie, zmiłuj się nad nami…”. Ileż głębi w tym powiedzeniu, które można w różnych okolicznościach powiedzieć, często będąc jedynie na płyciźnie tego, co ono oznacza. A kiedy człowiek sobie w pełni zdaje sprawę ze swoich słabości i grzechów, a jednocześnie z głębi Bożego miłosierdzia, które odkrywamy dzięki św. Janowi Pawłowi II i św. Faustynie, to widzi, jaka jest duchowa różnica między tym, co to dawniej znaczyło, a tym, co teraz… To jest kontemplacja…• urszula.rogolska@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół