• facebook
  • rss
  • „Effathę” oklaskuje się na stojąco

    dodane 16.04.2015 00:00

    – Dzisiejszy wieczór jest naszym podziękowaniem za to, że nas wspieracie – mówiła publiczności Dorota Salachna w imieniu grupy teatralnej „Effatha” zapraszając na tort i koncert z okazji 15-lecia zespołu.

    Iskra poszła od ks. Andrzeja Żmudki, wikarego w Rajczy, który był inicjatorem powstania tej grupy. Wśród pierwszych sprawdzianów było uliczne misterium Męki Pańskiej w 2000 r. W kolejnych latach w tym wydarzeniu uczestniczyły co roku nie tylko tłumy mieszkańców Rajczy, ale również liczni goście. – Jesteśmy ks. Andrzejowi wdzięczni za tę inicjatywę. Wsparły go panie Dorota Salachna i Ewa Matlak, które po jego odejściu z Rajczy zaangażowały się i prowadzą to dzieło wspaniale – mówił ks. kan. Franciszek Warzecha, proboszcz w Rajczy. Od lat młodzież i dorosłych aktorów można oglądać na ulicach, kiedy grane przez nich sceny towarzyszą modlitwie uczestników Drogi Krzyżowej albo radosnemu kolędowaniu Orszaku Trzech Króli. W ciągu 15 lat na rajczańskiej scenie zaprezentowanych zostało wiele przedstawień o tematyce religijnej, ale było też sporo bajkowych premier adresowanych do najmłodszych.

    Z udziałem mieszkańców powstawały widowiska oparte na góralskiej tradycji. Ostatnio do grupy dołączył obecny wikary, ks. Zygmunt Mizia. Tort dla przyjaciół Urodzinowe spotkanie rozpoczęło się od premiery. Spektakl zrealizowany na podstawie utworu Romana Brandstaettera „Dzień gniewu” znów zakończył się owacją na stojąco. Były kwiaty, gratulacje i podziękowania za to, że młodzi i starsi aktorzy, wytrwale pracując nad sobą, służą całej lokalnej społeczności. – Wielu ludzi przewinęło się przez ten teatr i ważnym efektem jest to, czego się nauczyli. Mogli się poczuć aktorami – i to dobrymi aktorami. Efektem ich pracy jest też wiele naszych wzruszeń – dziękował Kazimierz Fujak, wójt Rajczy, a z nim liczni przedstawiciele rodziców, stowarzyszeń i instytucji.

    – Bywa, że czasem mamy chwilę słabości i mówimy, że to ostatnie przedstawienie, ale zawsze wtedy pojawia się ktoś, kto powie takie słowo, które nas zmobilizuje. Umacniają wszelkie gesty życzliwości i bezinteresownej pomocy – przyznają zgodnie Dorota Salachna i Ewa Matlak. Świetnie się obie uzupełniają i zarażają kolejne roczniki rajczan miłością do teatru. Piękny czas... – Kiedy 15 lat temu zaczynaliśmy, jako pierwsza, jeszcze wyłącznie młodzieżowa ekipa „Effathy”, to było dla nas wielkie wyzwanie, ale też pociągające oderwanie się od codzienności. Trema była ogromna, ale warto było – mówi z przekonaniem Dorota Szukalska. – Pamiętam pierwszą próbę, kiedy ks. Andrzej Żmudka z panią Dorotą ustawili nas w jednym rzędzie, a my mieliśmy... krzyczeć. Ksiądz posłuchał i przydzielił nam role. To był naprawdę piękny czas. I to nie tylko dlatego, że kiedy moja polonistka z liceum zobaczyła nasze przedstawienie, miałem już potem zawsze dobry stopień z zachowania – śmieje się do tych wspomnień Bartłomiej Ślęzak.

    – Mnie zdarzyło się, że byłem Bogiem, który niósł Jezuska na rękach i nic nie mówił, a kiedy indziej występowałem jako... śpiewający renifer. Z kolegą robiliśmy próby nad rzeką, bo nikt nie chciał tego słuchać. Nie myślałem, że się odważę. Raz miałem brodę z takich zwyczajnych pakuł do rur i z powodu zapachu wszyscy uciekali – wspomina z rozrzewnieniem Przemek Miszczyk. – Baaardzo mile wspominam lata w „Effacie” i chciałabym wrócić do tego. To była wspaniała przygoda: mnóstwo przyjaźni, cudownych wspomnień, nerwów, śmiechu. Dziś mieszkamy w różnych stronach, mamy rodziny, pracę i nie ma takiej możliwości – żałuje Martyna Szczotka. Z tego, że teatr to cenna okazja doskonalenia siebie, zdają sobie sprawę dzisiejsi aktorzy.

    Licealista Kazimierz Hula w zespole jest od blisko 7 lat. W jubileuszowej premierze zagrał ludobójcę Borna. – Wcześniej grałem Piłata, więc raczej czarne charaktery. Na scenie daję z siebie wszystko i lubię to wyzwanie – przyznaje. W roli jego przeciwnika, przeora, wystąpił Patryk Łabaj, w „Effacie” grający od roku. – Pani Dorota zaprosiła mnie na próbę i spodobało mi się, bo tutaj czuję się jak w rodzinie. Jest dużo śmiechu i zabawy, ale kiedy zaczynamy pracować nad przedstawieniem, wszyscy poważnieją. Traktujemy to, co robimy, serio. Nasze sztuki często przecież dotyczą Pana Boga, najważniejszych spraw i wymagają tego – mówi Patryk.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół