• facebook
  • rss
  • Mniej komży

    ks. Jacek M. Pędziwiatr

    dodane 29.07.2014 12:25

    Nie ma ministrantów - nie będzie księży.

    Wakacje. Ksiądz zabrał ministrantów na basen. Chłopcy szaleją. Tylko ksiądz pływa, jakby nie umiał, koślawo i niezdarnie.
    - He, he, ksiądz pływać nie potrafi! - śmieją się ministranci.
    - To nie tak, chłopcy, jak myślicie - broni się ksiądz. - Problem w tym, że wystarczy jeden nieopatrzny ruch ręką i mam cały basen wody święconej...

    Przypomniała mi się ta historyjka, kiedy odwiedziłem uczestników rekolekcji ministranckich. Fajna grupa, fajni księża, super klerycy. I straszenie kameralne grono. Wiem. W wielu parafiach fajni księża organizują fajne wycieczki, obozy, całe kolonie albo chociaż półkolonie. Ale - bądźmy szczerzy - nie we wszystkich parafiach i nie wszyscy księża. Jeszcze pod koniec ubiegłego wieku diecezjalne duszpasterstwo służby liturgicznej prowadziło kilka turnusów rekolekcji ministranckich każdego roku, żeby ogarnąć wszystkich chętnych. Spali pokotem albo na piętrowych łóżkach, myli się w strumyku. Było ich dużo, było głośno, radośnie i szczęśliwie. Dziś wystarczy jeden turnus, na każdego uczestnika przypada - może lekko przesadzam - kilka łóżek i ze dwie łazienki. Dlaczego?

    Problem tkwi gdzieś głębiej. Kiedy odwiedzam w ciągu roku różne parafie diecezji, mam wrażenie, że w ogóle ministrantów ubywa. Poza pewnymi wyjątkami, chłopaków w białych komżach i albach jest coraz mniej. W niektórych parafiach luki po nich zaczynają nieśmiało uzupełniać dziewczęta. Choć ta sprawa wymaga stosownych zarządzeń biskupa diecezjalnego, a u nas - o ile wiem - takie nie zostały jeszcze wydane. Przełożeni w seminarium mówią, że coraz więcej młodych ludzi, zgłaszających się do seminarium, nigdy nie było ministrantami. To już nie są powołania od ołtarza, ale spod chóru. A służba liturgiczna zawsze była traktowana jako wylęgarnia powołań. Funkcjonowała zasada: nie ma ministrantów - nie będzie księży. Rodzi się natarczywe, trudne pytanie: dlaczego?

    Myślę, że w sporej mierze winna jest temu katecheza. Bo nie zawsze - topograficznie i mentalnie - szkoła jest blisko kościoła. Bo panie katechetki, choćby były świetnymi pedagogami i przykładami życia w ogóle, nigdy nie będą wzorem stania tak blisko ołtarza, że bliżej już nie można. Bo system katechezy jest mało efektywny. Rozmawiałem o tym z jednym z naszych biskupów.
    - Mamy katechezę, która przygotowuje do Bierzmowania - powiedział. - A nie uczy, jak żyć po bierzmowaniu. Mamy katechezę przedmałżeńską i przedchrzcielną, a nie ma katechezy dla małżonków i dla ochrzczonych.
    - Bo Kościół daje nasiona, a dziś wszyscy chcą od razu owoców - podsumowałem.

    Co z tym zrobić? Zmienić! Zacząć od korekty polskiego tłumaczenia Ewangelii. Bo w oryginale Jezus nie mówi Apostołom „nauczajcie”, tylko - dosłownie - „czyńcie uczniów”. A to nie to samo. Wystarczy porównać oceny z religii na szkolnych świadectwach z liczbą chłopców w komżach przy ołtarzu.

    Relację z tegorocznych rekolekcji ministranckich można przeczytać TUTAJ.

    Galerię zdjęć z rekolekcji ministranckich można obejrzeć TUTAJ.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Kael
      30.07.2014 09:44
      Powiem tak: dawno temu (30 lat) do bierzmowania wystarczyl rok przygotowan w ramach 1-godzinnej katechezy tygodniowo. Do klasy 7 uczyly nas katechetki (przy kosciele oczywiscie), a potem ksieza.

      Ministrantow bylo tylu, ze nie miescili sie przy oltarzu. Byli i ci najmlodsi i prawie dwudziestoletni.
      Dzis, w tej samej parafii w lecie jest ich 2-3 na Mszy sw niedzielnej. Ministrantek nie ma, a chlopcow przy oltarzu i tak brakuje.
      Za to do bierzmowania potrzebny sa 3 lata przygotowan, zbieranie podpisow, obowiazkowa obecnosc. No i oczywiscie do tego katecheza w szkole.


      I jak to jest mozliwe, ze przygotowujac "do bierzmowania" nie da sie przygotowac do zycia? Przeciez bierzmowanie ma byc sakramentem umocnienia do zycia chrzescijanskiego. Nie treningiem w poboznosci ludowej (obowiazkowe nabozenstwa rozancowe) i zaliczaniem wszystkiego, zeby "papierek dostac".
      Moze by ksieza biskupi (odpowiedzialni za programy szkolne) jednak siegneli pamiecia do czasow swojej mlodosci i nieco zrezygnowali z teorii, oraz porozmawiali ze swieckimi, zeby dowiedziec sie gdzie leza realne pytania wiernych i ich problemy i dopasowali program lekcji religii do rzeczywistosci?
      A moze i program seminarium duchownych nieco przewietrzyc?


      Bo niedlugo nie tylko ksiezy zabraknie.
      Wiernych tez.
      doceń 13
    • ryzdon
      01.08.2014 14:55
      @Kael, co się zmieniło w stosunku do lat minionych? Wtedy, mimo panującego komunizmu, istniały autorytety! Rodzina, Kościół, a nawet komunistyczna szkoła! Dzisiaj niszczy się (może już to zrobiono?) to, co najbardziej wartościowe i do czego młody człowiek czuł kiedyś pewien szacunek i respekt, i w czym miał jakieś oparcie. Programy mogą być najlepsze, ale jeżeli braknie wiary - nic nie pomoże! Ewangelia jest przewspaniała - jest "tylko" jeden problem: trzeba nią zacząć żyć! Potrzeba nam wiary! Potrzeba nam głęboko wierzących kapłanów i rodziców, ich świadectwa życia, a następnie ich wzajemnej współpracy. Co do programów seminaryjnych - kapłani nie spadają z nieba, przychodzą do seminariów z dzisiejszych rodzin, które są, jakie są... Jeżeli wychowawcom uda się w seminarium sprawić, że klerycy zakochają się w Jezusie, to będzie bardzo dobrze. Przykład - mój umiłowany święty: ks. Jan Vianney. Jeżeli "dopasujemy się" do Jezusa, to - pomimo naszych wielkich słabości - będzie dobrze!
    • wróbelek
      03.08.2014 18:21
      Przyglądając się moim znajomym bliższym i dalszym, rodzinom uczniów których katechizuję, dochodzę do wniosku,że większość to są " niewierzący -praktykujący". Nie ma żywej wiary, jest przywiązanie do obrzędowości.A jeśli nie ma wiary, to obrzędowość pojawia się wtedy, kiedy mi się chce. Takie "coś" nie pociąga młodych, nie robi na nich wrażenia. Młodzi nie doświadczają Kościoła żywego. I nie jest to tylko kwestia katechezy, choć nie oznacza to,że odbijam piłeczkę.
    • erasmus528
      04.08.2014 12:34
      Faktycznie, ministrantów coraz mniej - szkoda, wielka szkoda. Proszę przy tym nie zapominać, że mniej jest też dzieci. To nie główna przyczyna, ale pomijać jej nie wolno.

      Za to Bogu niech będą dzięki za powołania "spod chóru", jak to ksiądz określił. A co to, gorsze? Przypomniałem sobie ewangelię o faryzeuszu i celniku. Ten ostatni stał z daleka. Pod chórem?

      O katechezie w szkole wiele już napisano. Odnoszę wrażenie, że biskupi (i wielu księży) bronią jej w zaparte, kompletnie nie zwracając uwagi na jej jakość. A ona często jest porażająco mizerna, nie jest żadnym świadectwem wiary i nie prowadzi ani o krok do dojrzałości w wierze. Bo dla biskupów liczą się statystyki, ilość, ilu uczniów chodzi a ilu się wypisuje. W tym kluczu funkcjonują proboszczowie, a po nich katecheci. To jest porażka na całej linii.

      Więc ja wolę księdza z powołania spod chóru, nawet jeśli nie chodził na religię i nie był ministrantem.
    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    przewiń w dół