• facebook
  • rss
  • Głaski i trudna miłość

    Alina Świeży-Sobel

    |

    Gość Bielsko-Żywiecki 30/2014

    dodane 24.07.2014 00:00

    Jaworze, kiedyś znane uzdrowisko, do dziś ma zwolenników leczniczych walorów tutejszego klimatu. Okazuje się, że za sprawą głasków – jak psychologia nazywa pozytywne zachęty – coraz bardziej poprawia się też klimat w tutejszym Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Niemały wpływ ma też odważna miłość pewnego księdza…

    Klasycystyczny pałac stanowił kiedyś siedzibę właściciela Jaworza, barona Arnolda Saint Genois d’Anneaucourt i jest cenną historyczną ozdobą miejscowości. W styczniu 2010 r. z powodu nieszczelności zabytkowego komina spłonęły dach i wnętrze. Całemu obiektowi groziła ruina. Po czterech latach o tych obawach można zapomnieć: nikt nie pamięta, by pałac wyglądał piękniej niż dziś. Kilka miesięcy temu Bohdan Klimaszewski, dyrektor Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego, mógł z dumą zaprezentować starannie wyremontowany obiekt. To główny budynek MOW. Dziś mieszka tu jedna z grup wychowanków. Mają kilkuosobowe pokoje i wspólny, przytulny aneks kuchenny. Jest też ośrodkowa kuchnia z jadalnią dla wszystkich, sala na większe spotkania, lustrzana salka do terapii, izolatka dla chorych, pomieszczenia administracji, a także miejsce prób zespołu poetycko-muzycznego, prowadzonego przez Zbigniewa Huberta.

    Co robię? Siedzę

    Tak mówią chłopcy – i jest w tym sporo prawdy, bo przecież trafili tu przymusowo, po postanowieniu sądu. Ale temu przymusowi nie towarzyszą żadne kraty, bramy, klucze, a drzwi wejściowe zamyka się tylko na noc, żeby nie wszedł nikt niepowołany. – Przychodzą tu z różnych stron Polski, z różnych środowisk. Bywa, że uczą się tu podstaw zachowania przy stole czy osobistej higieny. Większość dopiero w ośrodku uczy się rozwiązywania problemów na innej drodze niż agresja. Poznają nową drogę i uczą się ją wybierać – mówi dyrektor Klimaszewski.

    Jak każdy wolny człowiek, po opuszczeniu ośrodka jedni wychowankowie z tej lepszej drogi korzystają, inni nie. – Naszym sukcesem jest oczywiście to, gdy po jakimś czasie nas odwiedzają i mówią, że żyją normalnie, bez konfliktów z prawem, zakładają rodziny – dodaje. Ten efekt wymaga nieustannej pracy i czujności, bo świat nieustannie się zmienia, pojawiają się nowe zagrożenia. – Kiedyś problemem był alkohol. Dziś taniej kupuje się dopalacze, a trudniej je wykryć. Jeśli te zagrożenia opanujemy, dopiero można zabrać się za pracę nad tym, jak powinno się zachowywać – tłumaczą wychowawcy.

    Zielona pinezka i głaski

    Choć mówią, że siedzą, chłopcy z jaworzańskiego ośrodka tak naprawdę nie mają zbyt wiele czasu na siedzenie i na nudę. To jedna z recept na dobre wyniki, jakimi w ostatnim czasie może się pochwalić ośrodek. – Widzi pani tę tablicę? – Dorota Stańczyk, kierownik do spraw opieki i wychowania MOW, pokazuje na ścianie korkową planszę z paskami papieru. Na nich prawie 70 nazwisk wychowanków. Przypięto je zielonymi pinezkami tam, gdzie wychowanek za dobre sprawowanie zasłużył na wakacyjny wyjazd do domu. Czerwona pinezka oznacza, że uciekł, a żółta – pobyt wychowanka na leczeniu.

    – Kiedyś bywało różnie. Teraz mamy lipiec i wszystkie przypięte są zielonymi pinezkami – mówi pani Dorota. Z dumą pokazuje tabelę, na której widać, jak wysoko w rozmaitych dziedzinach ocenione zostały poszczególne grupy wychowanków. Oceniano nie talenty, ale wkład pracy, współpracę w zespole. – Zakończyliśmy dobry rok, bo nasi wychowankowie świadomie rezygnowali ze złych przyzwyczajeń – mówi z satysfakcją. Jak zaznacza, tajemnica takiego sukcesu tkwi w zaangażowaniu wszystkich wychowawców i ich dobrej współpracy. – Tu nie może być zgrzytów, bo inaczej wychowankowie natychmiast to wyczują i spróbują wykorzystać, oszukać – mówi Dorota Stańczyk. – Jest dobrze, bo razem dajemy im mnóstwo propozycji zajęć, dzielimy się swoimi pasjami. To oczywiście wymaga od nas wiele pracy, ale warto… 

    Sama jest pasjonatką narciarstwa i choć nie było na to funduszy, zdobyła dla chłopaków kompletny sprzęt: narty, kombinezony, akcesoria. Teraz uczą się o niego dbać, żeby wystarczyło na kolejne wyprawy na stok. – Oczywiście na to, żeby wyjechać, trzeba zasłużyć pracą nad sobą przez cały rok. Taki wyjazd jest głaskiem – mówi. Głaskiem, czyli bodźcem do pracy nad sobą, może też być np.: szansa ukończenia kursu przysposobienia zawodowego, ukończenia dwóch klas w ciągu jednego roku szkolnego, wydłużenia wyjazdu na przepustkę do domu – Chłopcy sami wybierają, czy chcą stosować się do regulaminów i dobrze zachowywać – dodaje pani Dorota.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    przewiń w dół