• facebook
  • rss
  • Na rubieżach świata

    Alina Świeży-Sobel

    |

    Gość Bielsko-Żywiecki 27/2014

    dodane 03.07.2014 00:00

    Cieszyn. Niedawno wielu cieszynian cieszyło się z informacji, że papież mianował biskupem o. Zbigniewa Kusego, franciszkanina, który stąd wyjechał na misje do Afryki. W jego domu rodzinnym z radości nie posiadała się siostra biskupa nominata – Zofia, misjonarka świecka. Od 35 lat pracuje w dalekiej Brazylii. Właśnie przyjechała na urlop do domu i to do jej mejlowej skrzynki najszybciej dotarła ta radosna nowina…

    Wcześnie rano zawołała mnie i mówi: – Popatrz na mejla, jakiego dostałam. Tadzio został biskupem! – wspomina Maria Grędziok, druga siostra biskupa nominata. – A ja wciąż jeszcze nie dowierzam, że to prawda – dodaje uradowana, choć przecież minęło parę dni. Nie musi zaglądać do rodzinnego albumu, w którym starannie opisane kolejne zdjęcia pokazują, jak dorastał przyszły biskup.

    Z pamięci wymienia wszystkie daty… – Po maturze, w sierpniu 1969 r. pojechał do Osiecznej i wstąpił do nowicjatu. 31 sierpnia były obłóczyny, a po roku przyjechał do Katowic-Panewnik na studia teologiczne, które trwały sześć lat. W 1974 r. złożył śluby wieczyste, a w kwietniu 1976 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Rok był w Opolu i już wtedy prosił o zgodę na wyjazd na misje. Otrzymał ją w następnym roku i w czerwcu 1979 r. wyjechał do Zairu (obecnie Konga) na 10 lat – wspomina pani Maria i szczegółowo wylicza etapy jego dalszej posługi, w tym studia w Paryżu, po których wyjechał do Republiki Środkowej Afryki. – Tam najpierw pracował w Obo, a później na obrzeżach stolicy – w Bangi.

    W budowanym od podstaw klasztorze opiekował się młodymi nowicjuszami i prowadził ich do postulatu. Jego wielką radością były miejscowe powołania i zawsze powtarzał, że to najważniejsze, by w Afryce byli miejscowi kapłani – dodaje. Nie ukrywa, że wieści o wojennych rozruchach w RŚA za każdym razem budzą niepokój o jego los. – Kiedyś było trudniej, bo były tylko listy, ale szybko zdobyłam CB radio i kiedy słyszeliśmy w domu jego głos, wiadomo było, że żyje. Wtedy na chwilę wracał spokój. Teraz na szczęście mamy internet. Ale nawet w ciężkich chwilach brat nie mówił nigdy o powrocie. Powtarzał tylko, że nie może zostawić swoich parafian, bo oni go potrzebują i mu ufają – mówi pani Maria. Wśród zdjęć w domowym albumie widać ministranta, młodziutkiego franciszkanina i misjonarza. Maria Grędziok pokazuje szczególną fotografię: przed ołtarzem w afrykańskiej świątyni o. Zbigniew i jego siostra Zofia. – Dlaczego wyjątkowe? Bo od kiedy wyjechali na misje, każde z nich przyjeżdża do domu co kilka lat – ale rzadko w tym samym terminie i rzadko się widzą – ubolewa.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół