• facebook
  • rss
  • Pobudka w Cieszynie

    Urszula Rogólska

    |

    Gość Bielsko-Żywiecki 49/2013

    dodane 05.12.2013 00:00

    Mama i tata – patent na życie. Gdyby w 2008 r. Ania i Bertrand puścili w niepamięć kartkę z czterema zdaniami kard. Merciera, ich najstarsza córka Joasia nadal byłaby Jeanette, Zosia – Sophie, Marysia – Marie, Magda – Madeleine. I być może 8 grudnia 2013 r. w Cieszynie wyglądałby tak samo, jak wiele innych dni...

    Francja, 15 sierpnia 2012 r. – dzień wielkiej jedności Kościoła. W parlamencie trwają prace nad ustawą o zrównaniu praw związków homoseksualnych z prawami małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety. Tematem homilii w każdym francuskim kościele jest obrona praw rodziny. Ania, Bertrand i ich córki spędzają wakacje u sióstr benedyktynek w Laghet koło Nicei. Jeszcze parę lat temu latem jeździli do Polski. Teraz wracają do Francji – z Cieszyna. W maryjnym sanktuarium słuchają mocnych słów biskupa Sankalé o rodzinie. W Paryżu, tego samego dnia kardynał André Vingt-Trois powie dobitnie: „Niech ustaną spory dorosłych o dziecko! Ono nie może być pożądania. Dziecko ma pełne prawo do miłości ojca i matki!”.

    To będzie moja żona!

    Lato 1987 r. Komunizm jeszcze się trzyma. Ania z Ełku, studentka germanistyki, wyrusza na Jasną Górę z warszawską pielgrzymką akademicką. Alzatczyk Bertrand – już prawie inżynier elektronik – ma miesiąc wolnego. Koledzy namawiają go na podróż z Francji do Polski i udział w pielgrzymiej wędrówce. Od jakiegoś czasu jest pewien: chce zostać księdzem. Jedzie. Pierwszy dzień. Tłumacze dla Francuzów pilnie poszukiwani. Ania zna niemiecki. Bertrand także... – W jednej chwili zapomniałem o byciu księdzem. Tego dnia już byłem pewny – to będzie moja żona! – śmieje się dziś. Dzieli ich odległość, żelazna kurtyna, brak normalnego kontaktu. Bertrand szuka każdej możliwości, by przyjechać do Polski. Niestraszne mu postoje na granicach, półki sklepowe z octem, zimy, półtoragodzinne czekanie na taksówkę. Potem odległość rośnie – jedzie na zastępczą służbę wojskową do Maroka. Wytrwale piszą listy, uczą się swoich języków. Przychodzi 1991 rok. Wreszcie są małżeństwem!

    Trochę jak na misjach

    Zamieszkali w rodzinnych stronach Bertranda, w Miluzie. Na świat zaczęły przychodzić córki: Joasia, Zosia, Marysia i Magda. Budują na Panu Bogu. Jest trochę jak na dalekich misjach – do spowiedzi trzeba jechać 20 km; w niedzielę tylko jedna Msza św. w okolicy – o 10.00. Oboje biorą udział w comiesięcznych Spotkaniach Małżeńskich. Poznają Stowarzyszenie Rodzin Katolickich i Ania zgłasza się na warsztaty edukacyjne w gronie mam wychowujących małe dzieci. Prowadzi też katechezę dla najmłodszych. Po kilku latach angażuje się we Wspólnotę Matek w Modlitwie. – Przyjaciółka organizowała cotygodniowe spotkania mam w domach – wspomina Ania. – Wspólny śpiew, modlitwa i coś, co poruszało każdą z nas – czas zawierzenia naszych dzieci u stóp krzyża Jezusa. Na karteczkach miałyśmy wypisane ich imiona i ich konkretny problem w danym tygodniu. Po dziewięciu latach Bertrand traci pracę. Świat mu się wali. Ania jest dla niego wsparciem. Po trzech miesiącach – nowa praca, nowe wyzwania. – Po kolejnych siedmiu latach czułem, że czas coś zmienić – mówi Bertrand. Nieco wcześniej od jednego z księży dostali modlitwę do Ducha Świętego kardynała Mercier’a: „O Duchu Święty, duszo mej duszy, uwielbiam Cię. Oświecaj, kieruj, wzmacniaj i pocieszaj mnie. Powiedz mi, co mam czynić i rozkaż mi to wykonać. Poddaję się chętnie wszystkiemu, czego ode mnie zażądasz, pragnę przyjąć wszystko, co na mnie dopuścisz, daj mi tylko poznać Twoją świętą wolę. Amen”. – Nie wiedzieliśmy, że to bardzo „niebezpieczna” modlitwa – uśmiecha się Bertrand. – Mąż prowadzącej warsztaty edukacyjne, w których uczestniczyła Ania, organizował pieszą pielgrzymkę mężczyzn w Wogezy. Wyruszyliśmy w 30 mężczyzn. To tam Bertrand się dowiedział, że firma organizatora wyprawy ma filię w Polsce. Ale oni szukali dyrektora generalnego – modlili się o to od trzech miesięcy. – A ja nie chciałem być żadnym dyrektorem! – mówi Bertrand. Od 18 lat mieszkali we Francji. Rozeznawa- li, czy to na pewno propozycja dla nich. Dziewczynki nie znały polskiej rzeczywistości. Najstarsze, Asia i Zosia, miały 14 i 12 lat. Ale... bardzo entuzjastycznie podeszły do te- matu!

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół