• facebook
  • rss
  • Życie to nie poczekalnia

    Urszula Rogólska

    |

    Gość Bielsko-Żywiecki 30/2013

    dodane 25.07.2013 00:00

    Krucjata Wyzwolenia Człowieka. – Tu dzieją się cuda. Ja jestem tego przykładem – mówi Krzysztof. Tak samo Andrzej, Basia, Bożena, Paweł i dziesiątki innych. Łukasz cudów nie widzi. Ale kołacze mu w głowie zdanie: „Nie bój się, tylko wierz”.

    Kawa? Rozpuszczalna, z ekspresu? Herbata? Czarna, owocowa, zielona? Przechodzisz obok figury św. Franciszka i po drodze do salki kilka osób, z szerokim uśmiechem, już zdąży ci zadać te pytania kilkanaście razy. Od razu mówią po imieniu – niezależnie od tego, czy masz lat 20 czy 70. Nazwiska pozostawiają dla siebie. Kiedy nie wiadomo, gdzie ta kawa czy herbata, szukają Andrzeja. On jest szefem logistyki i koordynacji programu.

    – Trafiłem tu we wrześniu 2011 roku. Jeszcze dwa lata temu chowałem się po kątach. Zdania nie potrafiłem sklecić, nie umiałem się wypowiadać – śmieje się Andrzej na samo wspomnienie „tamtego” życia. Kiedy wszyscy siedzimy obok siebie, trudno ocenić, kto tu jest „tym z problemem”, a kto „pomagającym” z diakonii. Bo tak naprawdę te role się przenikają i uzupełniają. Bo niemal każdy potrzebuje uzdrowienia albo uwolnienia. Bo wielu z nas nosi w sobie jakiś lęk.

    Jak wielki jest głód

    – Na rekolekcjach Krucjaty Wyzwolenia Człowieka spotykamy się co dwa, trzy miesiące. Tym razem jest nas tu 120 osób – mówi Stanisław Cinal z diecezjalnej Diakonii Wyzwolenia. Razem z żoną Iwoną są odpowiedzialni za Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. W tym dziele pomoc znaleźli we Franciszkańskim Domu Formacyjno-Edukacyjnym w Rychwałdzie i w osobie ojca Donata Wypchło. – Po każdych rekolekcjach kolejne osoby decydują się na podpisanie krucjaty – deklaracji całkowitej abstynencji od alkoholu. Widzimy, jak wielki jest głód takich rekolekcji. Najczęściej kilka dni po zakończeniu jednych mamy już pełną listę na następne. KWC zapoczątkował ks. Franciszek Blachnicki, założyciel Ruchu Światło–Życie. Miała to być odpowiedź na apel ojca świętego Jana Pawła II skierowany do Polaków u progu pontyfikatu: „Proszę, abyście przeciwstawiali się wszystkiemu, co uwłacza ludzkiej godności i poniża obyczaje zdrowego społeczeństwa, co czasem może aż zagrażać jego egzystencji i dobru wspólnemu, co może umniejszać jego wkład do wspólnego skarbca ludzkości, narodów chrześcijańskich, Chrystusowego Kościoła”.

    To moja droga

    – Do Krucjaty zaprosiła mnie żona. Nie wiedziałem, co to jest. Przyjechałem tu w 2011 roku dla świętego spokoju – opowiada Andrzej. – Moje trzeźwienie zaczęło się już wcześniej, ale to było puste trzeźwienie. Piłem przez ponad 20 lat. Kiedy już nie radziłem sobie, poprosiłem Boga: „Sam nie daję rady. Oddaję Ci siebie i moją chorobę”. I za jakiś czas Jezus przyprowadził mnie na rekolekcje. Zaakceptowałem siebie i moją chorobę. I wówczas zaczęło się wszystko zmieniać. Wcześniej nie umiałem wyrażać uczuć. Zacząłem mówić, że ja jestem winien swojej chorobie, że ja do tego dopuściłem, ale najważniejsze – Bóg mnie uzdrowił! Dopiero teraz wiem, że żyję; wiem, co to miłość, radość, pokój w sercu. Zacząłem akceptować ludzi wokół mnie. W nich widzę Jezusa i On sam mnie przemienia. Wypływa ze mnie więcej dobroci niż złości. Andrzej podkreśla, jak ważne są dla niego wspólnoty podobnych mu ludzi – wspólnota AA i druga – Krucjaty: – Spotkanie w gronie przyjaciół jest motywacją do zmian. Już nie chowam się po kątach. W AA jest Andrzej – alkoholik, tu Andrzej – dziecko Boga. Jedna i druga wspólnota dużo mi dają. Tu odkryłem swoją rolę: to, co dostałem darmo, daję darmo innym. Oni mnie przyjęli, nie pytając o nic. Była to czysta miłość. Chcę pokazać ludziom uzależnionym, że da się z tego wyjść. Wszystko zależy ode mnie i Pana Boga. Zaufanie, wiara, modlitwa, post. To moja droga.

    Trzymać się wspólnoty

    – Raz w roku przyjeżdżam tu z Wiednia – mówi Krzysztof. – Od pięciu lat nie piję. Pierwsze dwa lata były takim chaosem. Nie miałem wsparcia duchowego, nawet nie pomyślałem o Panu Bogu. Wiedziałem, że tylko grupa AA może mi pomoc. Ale mój kolega z Wiednia – też alkoholik – namówił mnie, żeby tu przyjechać. Myślałem: co ja tam będę robić, nawet nie będę się umiał modlić. Przyjechałem. Akurat była modlitwa o uzdrowienie duszy i ciała. I nie umiem określić, co się stało. Padłem na podłogę jak długi. I wtedy nastąpiła zmiana. Od tamtej chwili wiem, że bez Pana Boga nie dam rady. Krzysztof opowiada, że kiedy był w nałogu, miał bardzo dużo przyjaciół. Kiedy przestał pić, wszyscy odwrócili się od niego. – Rodzina też. Mówili, że coś mi się stało z głową – wspomina. – Ale tu znalazłem nową rodzinę. Raz w roku przyjeżdżam. I te trzy dni, które spędzam w tym miejscu, są dla mnie odskocznią. Odcinam się od codzienności, od problemów i ładuję baterie na następny rok. Tu dzieją sie cuda. Ja jestem tego przykładem. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że jeśli człowiek zaufa Bogu, to wszystko się przemieni. Wiem, że choćby było najgorzej, a mam wiarę w działanie Pana Boga, przyjdzie pogodny dzień. Na Krucjacie się nie skończyło. Krzysztof i jego żona wiedzieli, że w Wiedniu potrzebują wsparcia modlitewnego. Z grona swoich znajomych stworzyli krąg oazy rodzin. Razem z nimi tworzą go cztery małżeństwa. – Wiem, że by iść dobrze przez życie, trzeba się trzymać wspólnoty.

    Jestem wolna

    – Jestem w związku małżeńskim 36 lat. I zawsze był alkohol w mojej rodzinie – mówi Basia. – Stałam się osobą współuzależnioną do tego stopnia, że moje życie obracało się tylko koło mojego męża: czy przyjdzie dziś pijany, jak się zachowa. Wpadłam w depresję. I moje najmłodsze dziecko namówiło mnie, żeby się leczyć. Mnie się wydawało, że sobie sama poradzę. Posłuchałam córki i dwa lata temu pojechałam do psychiatry. Stwierdził, że powinnam się zająć sobą. Zalecił leczenie i terapię dla osób współuzależnionych. Myślałam, że to nie dla mnie, że leki pomogą. Bałam się wszystkiego, bałam się wyjść między ludzi. Wydawało mi się, że jestem niczym, że wszyscy na mnie patrzą. W lutym 2012 roku przyjechałam do Rychwałdu na Mszę św. z modlitwą o uzdrowienie. Tutaj Pan Jezus mnie dotknął i uwolnił od lęku, od zniewolenia alkoholizmem mojego męża. Przestałam się bać. Już potrafiłam powiedzieć: NIE. Wcześniej mówiłam tylko to, co mąż chciał usłyszeć. Rok temu, w lipcu, zgłosiłam się na grupę dla osób współuzależnionych. Po tamtej Mszy św. zaczęłam jeździć do Rychwałdu na każdą Mszę o uzdrowienie. Przy którejś spowiedzi mówiłam księdzu, że mam wyrzuty, że poszłam na terapię, że krzywdzę mojego męża. Ksiądz mnie zachęcił do udziału w rekolekcjach. Nawet samej, jeśli mąż nie będzie chciał. Ale ja nigdy nigdzie nie byłam sama! Moje dzieci mi pomogły. Przyjechałam na rekolekcje z synem, córką i zięciem. Zachęcono nas, żebyśmy podchodzili do modlitwy wstawienniczej. Pomyślałam: jak ja obcym osobom będę mówić o moim problemie? Sami podeszli do mnie... Znów zostałam uwolniona od mojego lęku. We wrześniu ubiegłego roku Basia przyjechała na rekolekcje KWC... z mężem! – Powiedziałam mu, że jadę – niezależnie od tego, czy on tego chce, czy nie. I tak Pan Jezus zaczął zmieniać nasze życie. Mąż przestał pić. Nie pije, ale też nie robi nic ze sobą, nie szuka pomocy Jezusa. A ja staram się żyć i akceptować go takim. Nie jestem już tą samą osobą, jaką byłam. Jestem wolna. Czuję się akceptowana i chcę tutaj służyć.

    Chcę wytrwać

    Do Rychwałdu na rekolekcje KWC przyjeżdżają nie tylko osoby uzależnione, bądź współuzależnione od nałogów. Swoją drogę na rekolekcje KWC ma też Łukasz, który posługuje tu jako animator muzyczny. – Prawie 18 miesięcy temu opuściła mnie żona i wyprowadziła się z naszą 2,5-letnią wtedy córeczką. Na drugi dzień trafiłem do Sycharu (Wspólnota Trudnych Małżeństw – przyp. U.R.). Ojciec Donat niedługo potem prowadził tam rekolekcje. W tym czasie żona podjęła kilka decyzji – wniosła sprawę o rozwód. Nie zgodziłem się. Potem stwierdzenie nieważności sakramentu, dążenie do ograniczenia moich kontaktów z córką. Ojciec Donat powiedział mi: przyjedź na KWC. Pomyślałem: OK. Byłem kiedyś w oazie jako uczestnik, potem animator muzyczny. Ale wtedy nie żyłem już zasadami KWC. W oskarżeniach mojej żony był też taki zarzut, że nawet nie mogła się ze mną napić wina. Zrezygnowałem z tej krucjaty, uważając, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Alkohol mnie nie pociąga, nie muszę się wstrzymywać od picia. Przyjechałem na te rekolekcje. Nie wiedząc, po co. Bo przecież i tak nie piję. Tutaj odkryłem, że KWC to w dużej mierze to, co zaczął ks. Blachnicki, ale nie tylko. KWC to wyzwolenie od nałogów i tego, co nas w jakikolwiek sposób zniewala. Nie wiem, z czego ja miałbym się wyzwalać, ale tu zobaczyłem, że staram się wytrwać w tym, co przysięgałem przed Panem Bogiem. Kiedy przyjechałem, wpadły mi w uszy bardzo wyraźnie słowa: „Cieszcie się z tymi, którzy się cieszą, płaczcie z tymi, którzy płaczą”. To był pierwszy fragment, którym Jezus mnie dotknął. Druga sytuacja to słowa jednej z mam – że dzieci są darem. Nie są naszą własnością. Od początku tej trudnej sytuacji moja żona uniemożliwia mi kontakty z córką. Nie respektuje postanowień sądu, wysuwa absurdalne oskarżenia o znęcanie się, przemoc. Dopuściła się też najgorszego oskarżenia, jakie można wymyślić w relacjach tata–córka... Pomimo tego ciężaru, który noszę, muszę żyć. Czasem nie mam sił się modlić. Ciężko mi powiedzieć: „Panie Boże, ufam Tobie”. Jedyne, co ostatnio mówię Bogu, to: „Chcę wytrwać”. Ufam, że w tym Pan Bóg jest. Jestem tutaj, bo to daje mi możliwość bycia z ludźmi, w normalności, robienia czegoś dla innych. Ciężko mi zauważyć, że Pan Bóg widzi to wszystko. Ale usłyszałem też takie zdanie: „Nie bój się, wierz tylko”. Mam je w głowie.

    On pokaże Ci drogę

    Na rekolekcje KWC przyjeżdżają osoby borykające się z różnorakimi uzależnieniami – swoimi lub swoich najbliższych – od alkoholu, narkotyków, internetu, jedzenia, seksu czy zniewolone skomplikowanymi relacjami z innymi ludźmi, a także osoby, które chcą im pomagać. U Zmartwychwstałego szukają ratunku i nowego życia. – Pan Jezus powiedział: „Ja przyszedłem na to, aby owce miały życie i miały je w obfitości”. Nasze życie nie jest poczekalnią, nie jest po to, abyśmy myśleli, że to, co dobre, wydarzy się za 5, 50 czy 60 lat, po śmierci. Już tu, na ziemi, Jezus chce nam dać szczęśliwe życie – mówi o. Donat Wypchło.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół