• facebook
  • rss
  • W Wigilię prażyłam się w słońcu

    dodane 20.12.2012 00:00

    – Z Ameryki Południowej przywiozłam godziny opowiadań, setki zapisanych kartek z dziennika, pełno zdjęć i różnych anegdot, którymi zasypuję ludzi. A kiedy mam coś opowiedzieć o świętach Bożego Narodzenia… stoję przed jakąś pustką – mówi Sylwia Cieślar.

    W lipcu 2011 r. 20-letnia Sylwia Cieślar, studentka arabistyki w Krakowie, mocno zaangażowana w działalność Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, parafianka wspólnoty św. Klemensa w Ustroniu, razem ze swoją koleżanką ze Świętochłowic Magdą Tlatlik ruszyła hen za Atlantyk. W Peru, w miasteczku San Lorenzo, a później w osadzie Ushpayaku, w lasach równikowych dorzecza Amazonki, pracowała wśród najmłodszych mieszkańców jako świecka misjonarka. Codziennie z koleżanką prowadziły zajęcia katechetyczne, uczyły dzieci angielskiego, dzieliły się swoimi talentami artystycznymi lub – kiedy tego oczekiwali ich nowi przyjaciele – po prostu były i słuchały. Po 13 miesiącach Sylwia wróciła do kraju. Kontynuuje studia, ale wciąż sercem jest na misjach. Bardzo chętnie i otwarcie opowiada o misyjnej rzeczywistości podczas spotkań w szkołach i parafiach. Z wielką pokorą daje świadectwo o tym, jak misje pozwoliły jej zgłębić swoją wiarę. Czytelnikom „Gościa” Sylwia opowiada o tym, jak wyglądały jej święta przed rokiem.

    Co jest w pudełku

    – Tych, którzy spodziewają się długiego opowiadania o ciekawych świątecznych tradycjach w Peru, muszę tylko zmartwić – mówi szczerze. – Spędzić święta w dżungli amazońskiej to trochę jak odrzucić całą tę nasiąkniętą tradycją otoczkę świata zachodniego i zobaczyć, czy w tym pięknym, świecącym pudełku, do którego jesteśmy wciągani w sklepach, przez media i cały ten nasz świat, w ogóle coś jest. Sylwia opowiada, jak w Wigilię rok temu, zamiast nakrywać stół w ciepłym domu, w bluzce z krótkim rękawem otwierała drzwi salezjańskiego oratorium. – Upał jak co dzień. Prażyłam się w słońcu i zadzwoniłam do mojej rodziny, do Polski. Dopiero wtedy poczułam, że naprawdę jestem od nich daleko. Godzina 14.30, pełnia dnia, a oni mi mówią, że już są po kolacji wigilijnej. To różnica czasu płata takie figle. Dwie tak odmienne sytuacje mogą dziać się w tym samym momencie...

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół