• facebook
  • rss
  • Lekcja kasztana

    ks. Jacek M. Pędziwiatr

    dodane 25.09.2012 14:00

    Wiosną swoim kwitnieniem podrywa maturzystów do ostatnich powtórek. Jesienią, kształtnymi ziarnami, uczy dzieci rachowania i sztuk manualnych. Dorosłym dawał niegdyś porządną lekcję teologii, choć dziś mało kto o niej pamięta.

    Podjechałem pod leśniczówkę przy ulubionym szlaku na Hrobaczą Łąkę. Wysiadam z samochodu, schylam się, żeby poprawić sznurowadła i oto staję oko w oko z brązowo-lśniącą gałką kasztana - pierwszego tej jesieni. Biorę go, obracam w palcach, przypominam sobie...

    Kasztańce

    - tak je niegdyś nazywano - dotarły do Polski w czasach króla Stefana Batorego. Od początku zyskały szacunek i uznanie. Choć ich siedmiopalczaste liście - niczym tygodniowy kalendarz każdy - nadają się jedynie do wypychania sienników, a z drewna nie sposób zrobić porządnego mebla, co najwyżej zapałki lub marny opał, kasztanowiec uchodził zawsze za drzewo pełne majestatu. Na przemian z lipą sadzono go więc powszechnie wokół kościołów i cmentarzy. To królewskie drzewo. Owocuje najwcześniej po dwudziestu, czasem po pięćdziesięciu latach, a dożywa tysiąca. Owocuje - rodzi zielone, najeżone kolcami kule, które pod koniec września spadają na ziemię i - pękając - wydają na świat brązowe ziarna.

    Tak, te brązowe kulki, to ziarna, nie owoce!

    Któż z nas w dzieciństwie nie zbierał ich pasjami, nie wiercił potem gwoździem otwory na zapałczane kończyny. Uczyło się dzieci na kasztanach liczyć, a pani katechetka urządzała konkurs na kasztanowe różańce. W czasach kryzysowej siermięgi można było nawet kasztan przekroić, masę ze środka wydłubać, zmieszać w proporcjach „na oko” z wodą i tak powstawał klej trzymający lepiej, niż guma arabska.

    Nie posiadając większych zalet praktycznych, miał kasztan i jego ziarna wielkie znaczenie estetyczne. Głosem Nataszy Zylskiej, a potem Edyty Górniak, śpiewała poetka, że

    „włosy masz jak kasztany”.

    Kasztan, to także określenie maści konia. Dawniej „kasztanem” nazywano też brązowego psa. „Póki gonił zające, póki kaczki nosił, Kasztan, co chciał, u pana swojego wyprosił” - pisał biskup Ignacy Krasicki. A i w teologii znalazł swoje miejsce. Był bowiem kasztan kaznodziejską figurą - ni mniej, ni więcej, tylko - Niepokalanego Poczęcia. Jak w pokrytym kolcem owocu, znajduje się gładkie ziarno kasztana, tak skażony grzechem (kłującym, jak kolce) rodzaj ludzki wydał bez grzechu poczętą (Niepokalaną) Dziewicę, co Syna Bożego porodziła.

    Współcześni kaznodzieje,

    tak często uciekają się do stawiania skądinąd oczywistych diagnoz o wszelkich sekulary-konformi-ekono-materia-i-Bóg-wie-jakich-jeszcze-„izmach”, a zapomnieli, że głębokie prawdy wiary tak prosto można ludziom wytłumaczyć.

    - Szkoda - pomyślałem sobie. W poły sportowej kurtki nazbierałem czterdzieści sześć kasztanów. Wieczorem, podczas Mszy świętej w wąskim gronie, rozdałem je uczestnikom. To była chyba pierwsza w historii Msza święta, podczas której ksiądz chodził wśród wiernych z koszykiem, niczego nie zbierał, tylko rozdawał kasztany. Koniec świata.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • kratka
      01.10.2012 00:16
      To, co we mnie rani innych, to mój grzech... Żeby choć każdego dnia pozbyć się jednego maleńkiego kolca...
    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    przewiń w dół